W poszukiwaniu zimy. Relacja z weekendowego wypadu w Karkonosze.

Wbrew temu co widać za oknem, zima się już rozpoczęła. A przynajmniej w wyższych partiach gór, gdzie panujące warunki już dawno przestały przypominać jesienne. W miniony weekend postanowiliśmy z Agą wyruszyć na poszukiwanie białego puchu, mrozu i przede wszystkim wspaniałych widoków.

Hala Szrenicka.
Pomimo tego, że zachęcałem cię do odwiedzenia w miniony weekend zabytków techniki, osobiście wybrałem kierunek bliższy naturze. Postanowiliśmy z Agą odwiedzić długo nie widziane Karkonosze. Mieszkając w Krakowie trochę je zaniedbaliśmy, porzucając na rzecz wschodnich gór. Teraz, kiedy Sudety są na wyciągnięcie ręki, żal nie skorzystać z ich bliskości. Szczególnie, gdy patrzy się na nie w pogodne dni i widzi, jak wołają do siebie. Do tego dochodzi fakt, że połączenia do miejscowości położonych bardzo blisko głównych szlaków Karkonoszy są coraz lepsze. My wybraliśmy PKP, a konkretnie ofertę Biletu Turystycznego dla połączeń realizowanych u regionalnych przewoźników - w tym wypadku PolRegio oraz Kolei Dolnośląskich. Bilet, który można wykorzystać od piątku od godziny 18.00 do 6.00 w poniedziałek kosztuje zaledwie 45 zł. Istnieje również wersja tańsza - za 39 zł - jednak planując podróż pociągami przewoźników innych niż PolRegio, warto przemyśleć wariant droższy. Unikniesz wtedy problemów z wyborem pociągów.

Tuż po wyjściu z dworca w Szklarskiej Porębie Górnej.
Z Brzegu wyjechaliśmy o 5.24, by we Wrocławiu przesiąść się lekko ponad pół godziny później w pociąg do Szklarskiej Poręby Górnej. Cała podróż trwała niecałe cztery godziny, dzięki czemu na szlak mogliśmy wyjść, kiedy było jeszcze w miarę wcześnie. Wystarczyło tylko wstąpić do sklepu, by zaopatrzyć się w prowiant na najbliższe godziny. Finalnie w kierunku Hali Szrenickiej wyruszyliśmy chwilę przed 10.00. Idąc szlakiem czerwonym, po niecałej godzinie doszliśmy do Wodospadu Kamieńczyka. Doszliśmy do wniosku, że zejdziemy w dół wąwozu. W końcu bardzo dawno nie widzieliśmy tej niezwykłej kaskady. Pomimo irytacji na widok cennika oraz grubych krat odgradzających wejście do wąwozu, założyliśmy kiczowate kaski i zeszliśmy w kierunku wodogrzmotów. Czy tylko ja uważam, że ogradzanie kawałka terenu i pobieranie opłaty za wejście, by móc pooglądać coś co stworzyła natura a nie człowiek jest więcej niż ostrym przegięciem? Swoje przemyślenia na ten temat napisz w komentarzu pod artykułem.
Niemniej, kiedy już zaliczyliśmy "obowiązkowy punkt wycieczki", rozpoczęliśmy już bezpośrednie podejście na Halę Szrenicką. Mniej więcej na granicy Karkonowskiego Parku Narodowego zauważyliśmy pierwsze oznaki zimy. Cieniutka warstwa białego puchu (lub sypkiego g... - jak kto woli) zwiększała swą objętość z każdym krokiem. Dochodząc do schroniska na Hali nie mieliśmy już wątpliwości - to będzie zimowe przejście Głównego Grzbietu Karkonoszy.
W schronisku postanowiliśmy zagrzać się odrobinę i odpocząć przed dalszą wędrówką. Sprawdziliśmy jak stoimy z czasem i wyruszyliśmy w kierunku Mokrej Przełęczy mijając po lewej schowany za chmurami szczyt Szrenicy. Wspinając się w okolice Łabskiego Szczytu walczyliśmy nie tylko z przenikliwym zimnem, ale wiatrem, który to raz po raz spychał ze ścieżki nieuważnego wędrowca. Im bliżej Śnieżnych Kotłów, tym wędrówka stawała się coraz bardziej męcząca. Nie opuszczał nas jednak dobry humor i z uporem maniaków parliśmy naprzód. W miejscu gdzie szlak żółty łączy się z czerwonym przydarzyło się coś, o czym marzy wielu młodych amatorów podróży. Nie ukrywam, że i mnie zdarzyło się o tym pomyśleć. Minęliśmy bowiem młodego mężczyznę odzianego w kurtkę Wojska Polskiego, objuczonego w wojskowy plecak na którym przytroczony był statyw. W ręku dzierżył charakterystyczny kijek trekkingowy przystosowany do mocowania kamerki GoPro. W pierwszej chwili nie zdałem sobie sprawy kim był ów wędrowiec.
W końcu udało się nam uchwycić RTOM.
Dopiero po chwili Aga spytała mnie czy widziałem kto to był? Kiedy zaprzeczyłem, odpowiedziała: "Przecież to był Pater!" Nie wierzyłem własnym uszom, a później i oczom. Chłopak, którego poczynania śledziłem (choć może niezbyt dokładnie) na YouTube szedł w naszym kierunku. I... wstyd mi, ale zachowałem się dokładnie tak, jak nie chciałem. Wyjąłem z kieszeni Agi telefon, by móc zrobić sobie zdjęcie z młodym podróżnikiem. Kiedy zbliżył się na tyle, by wiatr nie zakłócał zbytnio wypowiadanych słów, spytałem: "Ty jesteś Pater?". Pomimo ewidentnego zmęczenia na jego twarzy pojawił się uśmiech i usłyszeliśmy: "K..., niech zgadnę, subskrybent?" Ustaliliśmy, że idziemy w tym samym kierunku. Z tą różnicą, że Michał planował spać w schronie na przełęczy za Śnieżnymi Kotłami, a my mieliśmy zarezerwowany nocleg w "Odrodzeniu". Wspólnie podeszliśmy pod RTOM na Śnieżnych Kotłach, gdzie grupa chroniących się tam mężczyzn rozpoznała Patera i od razu wciągnęła go w rozmowę. My korzystając z chwili postanowiliśmy zrobić sobie zdjęcia. Nie było to proste. Wiedziałem, że na czerwonym szlaku zawsze mocno wieje, ale sprawę komplikował dodatkowo sypiący się zewsząd drobny śnieg. Ostatecznie udało się nam znaleźć odpowiednie miejsce, by uchwycić i siebie i RTOM. Po kilku minutach, kiedy Michał pogadał ze spotkanymi fanami, ruszyliśmy dalej.
Ze względu na zimowe warunki, szlak wyznaczono nieco dalej od szczytu Kotłów. Odpowiedni kierunek wyznaczały drewniane pachołki poustawiane co kilka metrów.  Wędrówka była mocno utrudniona. Wiatr był coraz mocniejszy, a zalegający na drodze śnieg głębszy. Przez nieuwagę można było wpaść po pas w zaspę. Wolno brnęliśmy naprzód. Na przedzie szedł Michał, który chwiał się i potykał co jakiś czas upadając. Później przyznał się, że zjadł rano tylko konserwę (a cóż innego mógł zjeść Pater przed wędrówką?). Dodatkowo zapomniał rękawiczek. Nie zapomniał natomiast sprzętu do nagrywania, a nawet drona. Dzięki temu zapasowi operatorskiemu dźwigał na plecach około 25 kg balastu. Zapasowych rękawiczek nie mieliśmy, ale za to dodatkowych kalorii nie brakowało. Po zjedzeniu batona odzyskał nieco siłę i mógł iść dalej. Dotarliśmy do wspomnianego przez niego schronu. Namawiał nas, byśmy zostali z nim na noc. Jednak przeszywający mróz i fakt, że gdzieś tam czekał na nas ciepły pokój sprawiło, że ostatecznie odmówiliśmy. Zachęcaliśmy, by poszedł z nami do "Odrodzenia" i przespał się w ciepłym miejscu. Chciał jednak za wszelką cenę pokazać swoim widzom, że da się spać w zimie w schronie. Cóż, różni ludzie mają różne potrzeby. Całe szczęście do schronu przychodzili kolejni wędrowcy i mieliśmy pewność, że raczej nie zostanie tam w nocy sam. My po krótkim przygotowaniu do dalszej drogi wróciliśmy na szlak.

Robiło się coraz ciemniej i zimniej. Musieliśmy przyśpieszyć, żeby totalnie nie opaść z sił i nie stracić resztek bojowości. Po pewnym czasie teren się obniżył, a strona góry zmieniła, dzięki czemu byliśmy teraz nieco bardziej odsłonięci od wiatru. Dotarliśmy do rozwidlenia szlaków żółtego, niebieskiego, czarnego i czerwonego. Było już ciemno, więc dla pewności co jakiś czas zaglądaliśmy do mapy by upewnić się czy dobrze idziemy. Spotkani po drodze Czesi potwierdzili, że idziemy w dobrym kierunku, choć wydawało nam się, że nie do końca wiedzą o które schronisko konkretnie nam chodzi. Całe szczęście wskazali poprawną drogę, co tylko potwierdził widniejący na słupku znak. Do schroniska zostało nam około 30 minut drogi. W oddali majaczyła łuna światła. Domyśliliśmy się, że musi to być albo nasze schronisko, albo Spindlerova Bouda należąca do Czechów. Rozwiązanie zagadki było nieco bardziej zaskakujące. Nim dotarliśmy do Spindlerowej i "Odrodzenia" minęliśmy czterogwiazdkowy hotel. Zaroiło się od samochodów, niekoniecznie terenowych i od gości hotelowych. Widok był nieco dziwny, biorąc pod uwagę, że jeszcze chwilę temu walczyliśmy o dotarcie do celu. Nieco powyżej widać było już światła schroniska w którym mieliśmy się zatrzymać.

Kolejnego dnia postanowiliśmy, że nie będziemy się zrywać skoro świt. Mieliśmy dobę do 10.30, a planowane zejście miało nam zająć około sześciu godzin. To też nastawiliśmy budziki na 8.00 by spokojnie się przepakować i zjeść śniadanie w bufecie. W czasie, kiedy jedliśmy śniadanie przez chwilę wspomnieliśmy Patera, zastanawiając się gdzie obecnie jest i czy już dotarł - jak planował - na Śnieżkę. Po chwili powiedzenie "O wilku mowa!" nabrało sensu. Michał w towarzystwie dwóch mężczyzn, z którym go poprzedniego dnia zostawiliśmy wszedł do sali. Okazało się, że spali w schronie w jedenaście osób oraz z psem. Da się? Oczywiście, jednak żaden celebryta - mniejszy czy większy nie wygra z perspektywą ciepłego łóżeczka po całodniowej harówie. On dostał najprawdopodobniej swój materiał, a my obeszliśmy się bez zapalenia płuc. Wszyscy zadowoleni.
Po śniadaniu wyszliśmy ze schroniska i rozpoczęliśmy wspinaczkę główną ścieżką w kierunku Słoneczników - potężnego skalnego ostańca na łączeniu czerwonego z żółtym szlakiem. Tam mieliśmy zdecydować, czy schodzimy wcześniej  czy później - zielonym. Wybór padł na zejście w pobliżu Wielkiego Kotła wprost na Polanę. Widok Wielkiego Stawu w zimowej otoczce sprawił, że serducha zabiły szybciej.
Potok na ścieżce, czy ścieżka w potoku?
Gdy doszliśmy do drogi prowadzącej w dół, prosto pod kościółek Wang, chwilę odpoczęliśmy. Żółty szlak, którym mieliśmy zejść do Borowic okazał się być czarnym. Niemniej, kierunek się zgadzał a i czas przejścia nie był wielce różny od tego, który założyliśmy i który widniał na - posiadającej błąd - mapie. Trasa okazała się bardzo zróżnicowana. Prócz - niewielkiej już co prawda ilości - śniegu, pojawiło się grząskie błoto i pękający lód, pod którym skryło się sporo wody (czasami do kostek). W pewnym momencie droga zmieniła się w dosyć wartki strumyk i nijak nie dało się tego obejść. Musieliśmy brnąć dalej mając nadzieję, że nie połamiemy się na luźnych kamieniach. Plusem było to, że woda była zbyt ciepła by na ich powierzchni tworzył się lód. Dzięki temu, choć trochę wolniej, sprawnie zeszliśmy do samych Borowic.

Droga pomiędzy Borowicami a Zamkiem Chojnik była usłana różnymi niespodziankami. W pewnym momencie Aga stwierdziła, że czuje się jakby była bohaterką bajki, która rozgrywa się "za siedmioma górami, za siedmioma lasami". I tak poniekąd było. Aby dojść na stację PKP Jelenia Góra Sobieszów przeszliśmy mniej więcej dziewięć przełęczy. Wzmagające się zmęczenie nie pomagało we wspinaczce pod kolejne góry. Samopoczucie zmieniło się diametralnie, kiedy przekroczyliśmy "bramy" Jeleniej Góry, a na horyzoncie pojawił się świecący napis ze znanym owadem. Biedronka od zawsze ratuje nam tyłki w kryzysowych sytuacjach. I tym razem nie było inaczej. Dzięki kupionym zapasom kalorii szybko nadrobiliśmy braki. Mogliśmy ze spokojnym sercem pójść w stronę dworca. Pociąg miał odjechać chwilę po 17.00.


Tutaj kończy się - odrobinę przydługa - relacja z weekendowego wypadu w Karkonosze. Przypominam, że w górach panują dosyć trudne warunki. Wychodząc na szlak nie zapomnij o odpowiednim sprzęcie. Dzień jest teraz znacznie krótszy, więc zaplanuj trasę tak, by uwzględnić szybki koniec dnia oraz fakt, że przedzierając się przez śnieg możesz iść znacznie wolniej.
Jeśli jeszcze tego nie robisz, to koniecznie kliknij "Lubię to!" na Facebooku, by być na bieżąco z artykułami na EkstraMisji. Możesz też śledzić moje poczynania na Instagramie czy Twitterze klikając "Obserwuj". Nie zapomnij kliknąć kciuka w górę, gwiazdki, serduszka czy czego tam chcesz, by dać znać, że artykuł ci się spodobał. Zachęcam do zaglądania na EkstraMisję regularnie i do udzielania się. 
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)