Łódź fabrykami i kinem kusząca. Relacja z jednodniowej wycieczki.

Kiedy mówiłem bliskim i znajomym, że za kilka dni jadę do Łodzi, zazwyczaj słyszałem pytanie w stylu: "A co tam jest do zwiedzania?" Jeśli i ty masz podobne odczucia do tego miasta, rozsiądź się wygodnie w fotelu - lada chwila otrzymasz odpowiedź.

Łódź kojarzyła się mi i Adze przede wszystkim ze szkołą filmową i fabrykami. I właśnie taką zapragnęliśmy ją poznać. Na cel obraliśmy sobie więc Wytwórnię Filmów Animowanych "Se-ma-for", Muzeum Kinematografii oraz - aby nie pominąć wątku bogatej historii przemysłowej miasta - Muzeum Fabryki. Do odwiedzenia właśnie tych trzech punktów w dzisiejszej relacji będę cię namawiał. Wszystkie one mieszczą się w obrębie dzielnicy Śródmieście i na upartego można je zobaczyć nie korzystając w ogóle z komunikacji miejskiej. My, z racji naglącego czasu postanowiliśmy drogę z Manufaktury - gdzie mieści się Muzeum Fabryki - do "Se-ma-fora" pokonać tramwajem. Zanim jednak odjechaliśmy z przystanku na ulicy Zachodniej, musieliśmy jeszcze poznać historię łódzkich zakładów włókienniczych.

Pierwsze chwile w Łodzi.

Z pachnącego nowością dworca Łódź Fabryczna, gdzie miał przystanek PolskiBus, udaliśmy się na ulicę Piotrkowską. Po drodze zahaczyliśmy tylko o budynek Łódzkiego Domu Kultury. Zupełnym przypadkiem trafiliśmy przy wejściu do tego budynku na niewielkie figurki Piotrka i jego pieska z bajki "Zaczarowany Ołówek". Takie niespodzianki ćwiczące naszą pamięć z dziecięcych lat miały się nam przytrafiać do końca pobytu. Warto do Łodzi wybrać się chociażby po to, by "złapać" wszystkie pomniki z postaciami z kreskówek. Tak jak wspomniałem - są one doskonałym stymulantem wspomnień i sprawdzianem, czy jeszcze w głowie mamy wiedzę o postaciach, które umilały nam kiedyś czas i pozwalały naszym rodzicom na chwilę odpoczynku.

Namiastka holenderskiej myśli architektonicznej.

Co ciekawe, po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza, idąc od ŁDK-u dalej Traugutta, trafia się na doskonałe moim zdaniem rozwiązanie architektoniczne. Woonerf, bo taką nazwę noszą ulice podobne do Traugutta w Łodzi, to pomysł rodem z Holandii. Specjalnie zaprojektowana przestrzeń zurbanizowana, ma za zadanie uspokoić ruch samochodowy na ulicy zachowując jednocześnie walory estetyczne oraz dać innym jej użytkownikom możliwość bezpieczniejszego korzystania czy odpoczynku. Jest to rodzaj deptaku, gdzie samochody są gośćmi, a podziały na jezdnię i chodniki znikają. Dodatkowo w jego ciągu występują małe obiekty architektoniczne, które mają zniechęcić kierowców pojazdów do korzystania z tej drogi, ale nie blokuje przejazdu całkowicie. Idea woonerf stawia na pieszych i okolicznych mieszkańców, a nie tak jak klasycznie na dużą przepustowość. Choć ulica, którą szliśmy w stronę Piotrkowskiej daleka była jeszcze do tych holenderskich, to mimo wszystko cieszył fakt, że w ogóle ktoś wpadł na pomysł jej stworzenia

Piotrkowska pomnikami stoi.

Wkraczając na ulicę Piotrkowską trafiliśmy od razu na Aleję Gwiazd. Stwierdziliśmy, że chyba każde większe miasto turystyczne musi mieć własną aleję. Jednak nie można Łodzi wyrzucać, że przyłączyła się do zabawy. W końcu tutaj mieści się Łódzka Szkoła Filmowa i miasto ma z pewnością więcej wspólnego ze światem kina niż inne, gdzie dłonie aktorów, reżyserów czy scenarzystów również można zobaczyć.
Nieco dalej, naprzeciwko irlandzkiego pubu stoi pomnik upamiętniający postać Artura Rubinsteina w towarzystwie fortepian
u. Lokalizacja rzeźby z brązu nie jest przypadkowa. To właśnie na tej ulicy, pod numerem 78 mieszkał niegdyś ten sławny pianista. Pomnik po odsłonięciu wzbudził wielki sprzeciw grupy artystów oraz samej córki Rubinsteina. Twierdziła ona, że niska wartość artystyczna rzeźby obraża pamięć o ojcu. Swego czasu planowano nawet usunięcie go i umieszczenie w tym miejscu nowego, bardziej udanego pomnika. Co z tego wyjdzie - czas pokaże. Osobiście uważam, że tej rzeźbie nic nie brakuje, a wręcz przeciwnie - jest jedną z ładniejszych jakie do tej pory widziałem. Jednak ja nie jestem artystą i się nie znam. Jeśli będziesz w Łodzi, koniecznie odwiedź Rubinsteina i napisz w komentarzu, czy zgadzasz się z opinią córki pianisty, czy raczej masz podobne zdanie jak ja?

Jeśli odbijesz w ulicę Moniuszki, po chwili dotrzesz do budynku YMCA - Młodzieżowej Organizacji Chrześcijańskiej, gdzie tuż przy wejściu do budynku znajduje się popiersie Juliana Tuwima. Natomiast idąc w dalej Piotrkowską, będziesz mógł się do niego przysiąść. "Ławeczka Tuwima" jest jednym z obowiązkowych punktów na mapie Łodzi, które po prostu trzeba zobaczyć. Pomnik, podobnie jak ten przedstawiający Rubinsteina wchodzi w skład "Galerii Wielkich Łodzian". Jednak jak łatwo się domyślić lista zasłużonych dla miasta jest trochę dłuższa. Na ulicy Piotrkowskiej spotkamy jeszcze pomnik Lampiarza - bezimiennego elektryka, którego postać ma upamiętniać powstanie pierwszej łódzkiej elektrowni. Ciekawostką jest, że na kufrze znajdującym się tuż przy drabinie Lampiarza można siadać - dzięki temu rzeźba ma charakter ławeczki pomnikowej.
A jeśli już wspomniałem o rozwoju przemysłu w mieście za sprawą elektrowni, trudno nie wspomnieć o tych, którzy przyczynili się do uprzemysłowienia Łodzi. Kolejnym pomnikiem wchodzącym w skład "Galerii Wielkich", jest rzeźba "Twórcy Łodzi Przemysłowej". We wrześniu 2002 roku została ona odsłonięta pod numerem 30/32 i przedstawia trzech fabrykantów lub jeśli ktoś woli - królów polskiej bawełny - Izraela Poznańskiego, Karola Scheiblera i Henryka Grohmana. Siedzą oni przy stole i
zapewne obmyślają kolejne kroki do zbicia fortuny.

Manufaktura i historia łódzkich fabryk.

Zbliżała się godzina 9.00, dlatego musieliśmy się powoli kierować w stronę Manufaktury - największego centrum handlowo-usługowo-rozrywkowego w Europie Wschodniej i drugiego - po Bielanach Wrocławskich w Polsce pod względem powierzchni handlowej. Powstała na terenie dawnego kompleksu fabrycznego Izraela Poznańskiego. Co ważne, przebudowa dawnej fabry
ki miała na celu pozostawienie jak największej ilości oryginalnych budynków aby zachować klimat i atmosferę miejsca. Rzeczywiście, wchodząc na teren Manufaktury - pomimo wszechobecnej nowoczesności - można poczuć się trochę jakby czas stanął w miejscu. Cieszy fakt, że fabryki nie popadły w ruinę i nie stały się straszakami w mieście, tylko tchnięto w nie drugie życie. Jedyne co trochę rozczarowało mnie osobiście, to samo Muzeum Fabryki. Jak na tak ogromną przestrzeń stanowczo mało poświęcono miejsca pod przygotowanie ekspozycji z prawdziwego zdarzenia. Czułem lekkie rozżalenie kiedy zobaczyłem, że wszystko mieści się tak naprawdę na około dwustu metrach kwadratowych plus taras widokowy. Mimo to z przygotowanych informacji można wyciągnąć sporo wiadomości, poznając tym samym dzieje przemysłowej fortuny rodziny Poznańskich, rozwój zakładów czy codzienność ich robotników. Wystawa prezentuje wiele zdjęć, dokumentów czy filmów z których dowiedzieć się można o szczegółach tego przemysłowego imperium. Największą atrakcją i chyba najcenniejszą są zabytkowe, oryginalne krosna, które nadal pracują. Z racji wczesnej pory i środka tygodnia byliśmy w muzeum sami. Ucieszyło nas, że będziemy mogli zobaczyć pracę tych urządzeń bez konieczności przeciskania się przez wycieczki szkolne czy innych zwiedzających. W spokoju mogliśmy posłuchać przewodnika, który wyjaśnił nam jak działają krosna, na co trzeba zwrócić uwagę w czasie produkcji tkanin i z czym musieli zmagać się pracownicy fabryk włókienniczych.
Jeśli chcesz poznać szczegóły łódzkich fabryk, myślę, że w Muzeum Fabryki dostaniesz zadowalającą ilość informacji czy ciekawostek. Osobiście spodziewałem się czegoś innego, jednak to co dostaliśmy było i tak wystarczające by w pewnym nawet stopniu wyobrazić sobie życie w Łodzi i pracę w zakładach takich jak te Pozn
ańskiego. Bilety są w atrakcyjnych cenach, bo nie przekraczają nawet 10 złotych za osobę. Dlatego w wolny dzień warto wybrać się do Manufaktury. Szczególnie, że z dachu Muzeum można rozejrzeć się po okolicy i przyjrzeć się lepiej ogromnej przestrzeni dawnego imperium Izraela Poznańskiego.
Dodatkowo, w pobliskim budynku należącym do całego kompleksu znajdziesz też Muzeum Sztuki czy Miasta Łodzi. My te pierwsze sobie odpuściliśmy - po wycieczce do Warszawy i zwiedzeniu ekspozycji Muzeum Narodowego mieliśmy dosyć estetycznych wrażeń. Być może, gdyby czas pozwolił skusilibyśmy się na zapoznanie z historią Łodzi i sprawdzeniu co muzeum jej poświęcone ma do zaoferowania. Teraz jednak chcieliśmy jak najszybciej dostać się do "Se-ma-fora".

Poszukiwanie dzieciństwa.

Tak jak wspomniałem na początku, spod Manufaktury pojechaliśmy do "Se-ma-fora" tramwajem. Można oczywiście drogę tę pokonać pieszo, podziwiając przy okazji różne perełki architektoniczne Łodzi. Jednak mieliśmy czas tylko do 16.00 - o tej godzinie zamykali zarówno Muzeum Animacji jak i Kinematografii. Wsiadając do
tramwaju było już grubo po 11.00 i baliśmy się, że możemy nie zdążyć zrealizować założonego planu.
Przesiedliśmy się na przystanku Piotrkowska Centrum. Wskakując do drugiego tramwaju, rzuciliśmy okiem na bajecznie prezentujący się przystanek, który w całości osłonięty był ogromnym dachem z kolorowymi witrażami. Mieszkańcy określili ten przystanek jako Stajnię Jednorożców poniekąd wyśmiewając projekt, a po części zachwalając, że dodaje koloru szaremu otoczeniu. Opinie są podzielone, ale nie da się ukryć, że jest coś hipnotyzującego w tej konstrukcji. Z pewnością będąc w Łodzi trzeba ją zobaczyć. A o to nie będzie trudno - przystanek jest jednym z głównych punktów przesiadkowych w mieście.

My jedziemy na wschód i mam wrażenie, że faktycznie otoczenie nie napawa optymizmem. Już w czasie porannego spaceru to zauważyłem, a teraz tylko się w tym przekonaniu utwierdzam. Jest szaro i pomimo nieśmiało wychylającego się zza chmur słońca, zarówno ulice jak i budynki sprawiają wrażenie zaniedbanych i brudnych. Po chwili jednak przychodzi czas, kiedy pesymizm ma ustąpić miejsca kolorom, ruchowi i radości. Dotarliśmy na właściwy przystanek Piłsudskiego-Konstytucyjna, z którego do "Se-ma-fora" jest najbliżej. Przynajmniej tak nam się wydawało. W praktyce obeszliśmy budynek, w którym miało się mieścić Muzeum Animacji wzdłuż i wszerz. Trafialiśmy wcześniej na informacje w Internecie, że znalezienie wejścia wcale nie jest takie łatwe, jednak nie sądziliśmy, że aż tak. Dziś wiem, że najprościej jest znaleźć sklep rowerowy, przy którym znajduje się brama wjazdowa. Dalej należy iść wzdłuż okropnie zaniedbanego i zapomnianego przez świat budynku dawnej fabryki, by na jego końcu znaleźć niewielkie drzwi. O istnieniu w tym miejscu jakiegokolwiek muzeum informuje niewielki plakat. Myślę, że "Se-ma-for" powinien coś z tym faktem zrobić, a nie ciągle tylko potakiwać i potwierdzać, że już nie pierwszy raz słyszy taką opinię.
Niemniej, w końcu doszliśmy do muzeum, które wywołuje falę wspomnień z czasów dzieciństwa. 

Świat Reksia, Misia Uszatka i Pingwina Pik-Poka pojawił się za drzwiami starej hali produkcyjnej. Pomiędzy kolumnami poustawiano kilkanaście makiet, które były użyte w czasie kręcenia kolejnych odcinków bajek. Nie zabrakło także rekwizytów i "planów zdjęciowych" do najnowszych animacji, które "Se-ma-for" stworzył w ostatnich latach. Po ekspozycji, która widać, że jest jeszcze w trakcie tworzenia (muzeum zostało przeniesione w to miejsce stosunkowo niedawno) oprowadza jedna z kilku przewodniczek. Naszej dwójce towarzyszyły jeszcze dwie kobiety ze swoimi pociechami. Odniosłem wrażenie, że dziewczyna, która opowiadała o wystawie kierowała słowa bardziej do starszej części, przez co dzieciaki trochę się nudziły i czasami skutecznie zakłócały odbiór informacji. Niemniej, poznaliśmy historię wytwórni animacji, a także odkryto przed nami trochę ciekawostek. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie makiety do oscarowej produkcji z 2006 roku, którą reżyserowała Suzie Templeton - "Piotruś i Wilk". Dowiedzieliśmy się, że o mały włos a animacja zostałaby stworzona w studiu Disneya. Jednak pani Templeton wolała, by jej film stworzył "Se-ma-for" i jak widać opłaciło się. Po powrocie z Łodzi czym prędzej nadrobiliśmy braki kinowe. Aż trudno uwierzyć, że postaci, domy czy pojazdy, które pojawiły się w "Piotrusiu i Wilku" mieliśmy na wyciągnięcie ręki. A co najbardziej zaskakujące, to fakt, że człowiek potrafił stworzyć ten świat w tak niezwykły sposób.
Po oglądnięciu ekspozycji zostaliśmy zaproszeni do niewielkiej salki kinowej, gdzie mogliśmy oglądnąć produkcję z 2010 roku - "Danny Boy". Z racji tego, że na sali nie było dzieci oglądnięcie tej konkretnej animacji było możliwe. Co tu ukrywać - produkcja jest dosyć przerażająca i aż dziw bierze, że wytwórnia kojarząca się z Reksiem czy Muminkami potrafiła zrobić coś takiego.

Bilety do Muzeum Animacji "Se-ma-for" są według mnie trochę drogie. Możliwe, że cena będzie adekwatna do tego co klient będzie otrzymywać, kiedy Muzeum powiększy ekspozycję. Tak jak wspomniałem, "Se-ma-for" dopiero co się "wprowadził". Dlatego mam nadzieję, że oferta z czasem się polepszy. Póki co, koszt 15-20 zł plus 12 zł (za seans) za osobę trochę boli. Ale dostajemy w zamian powrót do dzieciństwa, możliwość dotknięcia kultowych postaci i przyjrzenia się ich otoczeniu znanemu tylko z telewizora. Klasyczny "must do!" w Łodzi.

O kinematografii w pałacu.

Z Muzeum Animacji do Muzeum Kinematografii warto przejść się piechotą. Jest to niewielka odległość, a po drodze można przejść przez Park nad Jasieniem oraz Źródliska. W tym drugim mieści się Palmiarnia, do której my tym razem nie wchodziliśmy. Idąc później ulicą Plac Zwycięstwa dojdziesz do długiego pałacu. A jeśli już go zobaczysz, oznaczać to będzie, że dotarłeś na miejsce. Muzeum Kinematografii mieści się w dawnej rezydencji fabrykanta Karola Scheiblera. Jednak pałac to nie samo Muzeum - to również kameralna sala kinowa, filmoteka, pracownie i magazyny, niewielka galeria. Ale to po co przyszliśmy mieściło się na kilku piętrach rezydencji i było tego naprawdę sporo. Kilkaset plakatów filmowych, fotosy, scenopisy, rzutniki, stoły montażowe oraz jedno z prawdziwych cudeniek - fotoplastykon pochodzący z pracowni wynalazcy tego urządzenia, Augusta Fuhrmana. W piwnicach, gdzie zaczyna się zwiedzanie mogliśmy poznać szczegóły dawnych pracowni montażowych. Nie zabrakło również dziesiątek plansz z informacjami o dawnych twórcach kina, stosowanych technikach, itp. Gdyby człowiek miał czytać każdą przygotowaną dlań ciekawostkę, spędziłby w jednym pomieszczeniu przynajmniej 15 minut. My takiego komfortu czasowego nie mieliśmy. Wybieraliśmy tylko te najbardziej interesujące nas wiadomości. Wszystkiego i tak nie sposób zapamiętać, a i zapewne jeszcze nie raz będziemy w Łodzi. Poświęcimy wtedy przynajmniej jeden dzień na zapoznanie się dokładne z ekspozycją.

Zaskakujący i trochę wybijający z rytmu zwiedzania był moment, kiedy na chwilę wkroczyliśmy w inną epokę. Wszystko za sprawą pałacowych salonów, których renowacją władze muzeum chciały się zapewne pochwalić. I tak, wychodząc na chwilę z niezwykłego świata kina, zaczęliśmy oglądać pozłacane kolumny czy zabytkowe meble. Według mnie było to zupełnie niepotrzebne i niepasujące do reszty, ale skoro tak trzeba, to nic nie poradzimy. Być może z czasem sale te wypełnią się kolejnymi elementami kinematograficznej ekspozycji. Póki co mrużąc oczy od przepychu pałacowych pomieszczeń trzeba przedostać się do dalszej części, bardziej interesującej. A dalej jest tylko lepiej. Zastanawia mnie jak zabytkowe podłogi wytrzymują ciężar kilku wielkich kamer oraz projektorów umieszczonych w kilku pomieszczeniach? Wspinając się na kolejne piętra poznaliśmy różne techniki stosowane w kinie, a także zmieniające się formy przekazu. Na pałacowym poddaszu przygotowano - bardziej pod dzieci, choć dorośli mają tam zapewne większą frajdę - niewielkie boksy, gdzie postaci z dawnych bajek czekały by zrobić sobie z nimi zdjęcie. Można było nawet wejść do budy Reksia, popływać łodzią z Bolkiem i Lolkiem czy wczołgać się do igloo Pingwina Pik-Poka. Zapewne nie zabraknie zapaleńców, którzy tak jak my spędzą na ostatnim piętrze budynku najwięcej czasu.

Kiedy skierowaliśmy się do wyjścia, niemal ociekaliśmy od informacji, które otrzymaliśmy od Muzeum. Z pewnością jest to punkt na mapie miasta, który każdy odwiedzający Łódź musi zaliczyć. I co najważniejsze: we wtorki to wszystko jest za darmo. W inne dni osoba dorosła zapłaci 10 zł, a młodsza część społeczeństwa 7. Według mnie nie ma co przepłacać, skoro można zobaczyć coś bezpłatnie. Ekspozycja stała, którą obowiązuje wtorkowe, darmowe wejście jest tak obszerna, że aż ciężko uwierzyć, by było do oglądnięcia coś jeszcze.

Koniec wycieczki.

Spod Muzeum Kinematografii spacerkiem udaliśmy się pod kolejny pałac, tym razem Herbsta. Nie spodziewaliśmy się, że zdążymy do niego wejść w tym dniu. Przeszliśmy przez Park Źródliska na tzw. "Koci Szlak", po czym przez ulicę Księży Młyn dotarliśmy pod właściwy adres. Podchodząc już pod pałac potwierdziliśmy przypuszczenia. Zarządziliśmy więc odwrót i klucząc wśród ceglanych i betonowych budynków (zahaczając na moment o Biedronkę) trafiliśmy do miejsca startu, czyli dworca PKP.
Całe szczęście dworzec Łódź Fabryczna oferuje naprawdę sporo miejsc, gdzie można skorzystać z gniazdek elektrycznych. Sporo energii wyciągnęły z naszych telefonów poszukiwanie informacji na Mapach Google'a i zimno. Odczekaliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut dopóki właściwy PolskiBus nie pojawił się w polu widzenia. Później pozostało nam jeszcze tylko wejść do autobusu, zająć miejsce i udać się do krainy snów. Wycieczki takie jak ta są bardzo przyjemne, ale kiedy człowiek po całym dniu ciągłego zwiedzania usiądzie w wygodnym fotelu, nie trzeba wiele by po prostu odpłynąć.

Z całą pewnością polecam odwiedzić Łódź. Znajduje się tam kilka miejsc, które trzeba zobaczyć, poznać, dotknąć. I nie chodzi tylko o te, które opisałem powyżej. My z pewnością jeszcze nie raz powrócimy do tego miasta, bo wiemy, że zostawiliśmy tam jeszcze sporo interesujących nas punktów. Będziemy chcieli je koniecznie odhaczyć.

Tymczasem zapraszam cię do podzielenia się opinią na temat tej relacji, miejsc odwiedzonych przez ciebie w Łodzi lub po prostu... o czymkolwiek. Poinformuj znajomych o tym tekście za pośrednictwem Facebooka, Twittera czy Instagrama. Profil EkstraMisji znajduje się na wymienionych platformach i zachęcam do polubienia ich. Dzięki temu kolejne - mam nadzieje pojawiające się już z większą częstotliwością - teksty cię nie ominą.
Jeśli chcesz wesprzeć planowaną podróż do Gruzji oraz rowerowy przejazd Green Velo, wejdź na Patronite, gdzie znajdziesz szczegółowe informacje co musisz zrobić. Z góry dzięki.
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)