Jeden dzień w Warszawie. Kilka miejsc, które warto zobaczyć.

Przeszukaliśmy stronę PolskiegoBusa wypatrując najkorzystniejszej oferty. I w końcu, po spędzeniu wieczoru nad komputerem odkopaliśmy pasujące połączenie między Krakowem a Warszawą i z powrotem. Okazało się, że w obie strony, za dwie osoby mieliśmy zapłacić 18 złotych. Nie warto rozważać takiej okazji długo. Szczególnie, że za 4,50 zł w Krakowie pojeździlibyśmy, ale tramwajem i to przez 120 minut. Dobrze się stało, ponieważ spośród kilku atrakcji, które nam odpowiadały, trafiły się w tym dniu również te darmowe. Żal byłoby nie skorzystać.


Pierwsze chwile w stolicy.

Wyjeżdżając w poniedziałkową noc z Krakowa, chcieliśmy jeszcze trochę przespać się w podróży. Traf jednak chciał, że przewoźnik postanowił pochwalić się swoimi nowymi autobusami (a przynajmniej takimi, którymi my jeszcze nie jechaliśmy). Na nasze nieszczęście fotele w nich okazały się bardzo niewygodne - twarde, słabo regulowane i ogólnie "jakieś-takie-nie-takie". Prawie pięciogodzinną przejażdżkę spędziliśmy na wierceniu się i szukaniu idealnej pozycji. Całe szczęście zegar jakby przyśpieszył i "w kilka chwil" byliśmy już na Placu Defilad pod Pałacem Kultury w Warszawie. Po obowiązkowej sesji, obeszliśmy ten najbardziej charakterystyczny punkt stolicy i skierowaliśmy się na dworzec Warszawa Centralna. Pamiętaliśmy z ostatnich wycieczek, że w środku znajduje się McDonald's dosyć szybko się otwierający. Wyboru co do w miarę taniego miejsca odpoczynku chwilę po 5.00 i tak nie było. Zaopatrzeni w kawę i wrapsy z jajecznicą, ulokowaliśmy się w najbardziej oddalonym od kas miejscu. Dzięki temu nie zwracaliśmy na siebie uwagi ochroniarza i przy okazji mogliśmy skonsumować także i nasze, przyszykowane wcześniej kanapki. Nie można bowiem zaczynać dnia tylko i wyłącznie od wątpliwej jakości fast-foodowego żarcia. Skorzystaliśmy również z kontaktów, by podładować telefony nadwyrężone przez panujący na zewnątrz mróz i sesję zdjęciową. Sprawdziliśmy, czy plan wycieczki odpowiada nam czasowo i kiedy zaczęło świtać opuściliśmy "restaurację".

Kościuszko i Nieznany Żołnierz.

Ulicą Marszałkowską poczłapaliśmy - walcząc z kostniejącymi kończynami - w stronę Ogrodu Saskiego. Kiedy doszliśmy w jego pobliże, odbiliśmy jeszcze w lewo, by rzucić okiem na pomnik Tadeusza Kościuszki. Znajduje się on niedaleko Parku Mirowskiego, na przeciw Pałacu Lubomirskich na placu Żelaznej Bramy. Pomnik stanął w miejscu poprzedniego, usuniętego w latach 90-tych, poświęconego "Poległym w Służbie i Obronie Polski Ludowej". Monument jest kopią tego stojącego w Waszyngtonie, którego autorem był Antoni Popiel.
Okrążamy Ogród Saski i wchodzimy do niego od północy, w pobliżu stawu i rotundy. Pusty o tej porze Saski zdawał się być jakby z innego wymiaru. Rzędy białych ławek i zimowa aura dodawała temu miejscu surowy wyraz. Minęliśmy ogromną fontannę. O tej porze roku niestety nie miała czym oczarować, choć patrząc na jej zdjęcia w Internecie można sobie wyobrażać jak się prezentuje w pełnej krasie i jakie wrażenie robi.
Dochodząc do Grobu Nieznanego Żołnierza mocno współczuliśmy dwóm wartownikom, którzy musieli bez ruchu stać przy Grobie. I zapewne nie bardzo zdawały egzamin dwie dmuchawy, które ciepłym powietrzem oplatały ich plecy i cztery litery. Ku naszemu zdziwieniu (a tych dwóch żołnierzy zapewne uldze) zobaczyliśmy, że zbliżają się zmiennicy. Zastanawiało nas, czy ze względu na nas wykonali zmianę warty tak oficjalnie, czy robią to w ten sposób zawsze? Jeśli znacie odpowiedź, napiszcie w komentarzu.

Krakowskie Przedmieście i Stare Miasto.

Mijając od tyłu Teatr Wielki i Operę Narodową, przeszliśmy ulicą Trębacką na Krakowskie Przedmieście, wychodząc tuż przy Pomniku Adama Mickiewicza. Poszliśmy w lewo, ku majaczącemu w oddali na swojej kolumnie Zygmuntowi. Minęliśmy kościół św. Anny i stanęliśmy nad wyjazdem z tunelu którędy przebiegała Aleja Solidarności. Z tego miejsca można podziwiać od boku fasadę Zamku Królewskiego, Pałac Pod Blachą, wspomniany kościół czy nawet Stadion Narodowy. Na chwilę skryliśmy się w wejściu do metra (edit. wejściu do ruchomych schodów prowadzących na Aleje Solidarności - jak się okazuje najstarszych w Polsce - dzięki Anonimowy za czujność) przy restauracji Literatka i kiedy odrobinę odtajaliśmy, a ręce na nowo zaczęły się poruszać, ruszyliśmy w stronę Rynku Starego Miasta. Wybraliśmy bardzo fajnie ulokowaną drogę wzdłuż dawnych staromiejskich murów. Minęliśmy abstrakcyjny Sigismund's Clock ulokowany po prawej stronie, na ścianie starej kamienicy przy ulicy Piekarskiej. Idąc międzymurzem dotarliśmy do Pomnika Małego Powstańca. Pomnik upamiętnia najmłodszych uczestników Powstania Warszawskiego. I prywatnie - jest jednym z najbardziej charakterystycznych fotografii znajdujących się w podręcznikach do historii, do którego nie docierali nawet maturzyści. Być może "dobra zmiana" naprawi ten błąd. Po kilku minutach spaceru dotarliśmy do Barbakanu, przez który weszliśmy na teren Starego Miasta. Jeśli pójdzie się wzdłuż murów w lewo dotrze się do punktu widokowego skąd można oglądać najbliższe, malownicze kamieniczki, Starą Prochownię, czy spojrzeć na szeroko rozlaną Wisłę. Poszliśmy dalej i kierując się na ryneczek, w połowie drogi trafiliśmy na Kamienne Schodki. Po bliższym przyjrzeniu się im, skojarzyliśmy to miejsce ze słynną praską ścianą Lennona. Tutaj również liczne sentencje pokrywały obie ściany kamieniczek ściskających wątłe schodki. Oczywiście miejsce to nawet w połowie nie było tak magiczne jak słynny mur w Pradze, ale mimo wszystko widać, że duże rzesze ludzi przewijają się schodkami.
Na Rynku Starego Miasta zastaliśmy rozstawione lodowisko i otaczające
go stragany - o tej porze oczywiście zamknięte. Pod tutejszymi kamienicami znajdują się piwnice, które są udostępnione do zwiedzania w ramach Szlaku Kulturalnych Piwnic Starego Miasta. My trafiliśmy w to miejsce w niezbyt sprzyjającym czasie - panował siarczysty mróz, plac w większości zajęty był przez drewniane budki i taflę lodu, a na kilku kamienicach zamykających tą przestrzeń odbywały się remonty. Myślę, że najlepiej byłoby przyjechać tutaj w nieco cieplejszy czas, kiedy królują tu liczne ogródki piwne i można usiąść na dłużej, by podziwiać okoliczną zabudowę i - co mnie szczególnie zaskoczyło - pomnik Syrenki ulokowany w centralnym miejscu Rynku.

Na plac Zamkowy wróciliśmy ulicą Jezuicką i Kanonia. Weszliśmy do kościoła Świętej Anny by przyjrzeć się bogatym zdobieniom w jego wnętrzu i przy okazji trochę się zagrzać. Pomimo tego, że świątynia znajduje się przy jednej z najbardziej charakterystycznych ulic, tłumów w środku nie było. Być może to ta pora, a może zwyczajnie zbieg okoliczności. Niemniej, dzięki temu mogliśmy w spokoju pokontemplować otoczenie.
Po wyjściu poszliśmy w dół Krakowskiego Przedmieścia. Stanęliśmy pod Pałacem Prezydenckim, gdzie jeszcze było czuć klimat wydarzeń sprzed siedmiu lat. Skrupulatnie przypominają o tym tablice upamiętniające, umieszczone w kilku miejscach.

"Bambino".

Postanowiliśmy odwiedzić bar mleczny, który zapamiętaliśmy z poprzedniego wyjazdu. "Bambino" - bo taką nazwę baru głosi szyld nad wejściem - to chyba najtańsza znaleziona przez nas opcja żywieniowa w stolicy. Znajduje się na rogu Kruczej i Hoża. Mieliśmy niemałe trudności z jego znalezieniem, dlatego lepiej obrać sobie kurs na hotel Mercure i później zlokalizować bar po przeciwległej stronie skrzyżowania. Co ważne dla osób niekoniecznie chcących płacić za toaletę, we wspomnianym hotelu można z niej skorzystać za darmo. Wiem, to straszna "cebula" wchodzić do takich miejsc tylko po to, by załatwić potrzeby fizjologiczne. Dwa lub więcej złotych można przeznaczyć na bilety, przekąskę czy inne, znacznie lepsze rzeczy. Gdyby się uprzeć, można by w niej nawet nieco bardziej się odświeżyć - to już wyższy lewej "cebulastwa".

Sejm i Senat, Muzeum Narodowe.

Po zjedzeniu solidnego obiadu, skierowaliśmy się na Plac Trzech Krzyży, skąd ulicą Wiejską poszliśmy pod najbardziej znany cyrk w Polsce - Sejm i Senat RP. Nigdy nie byliśmy w tym miejscu i chcieliśmy koniecznie sprawdzić jak wygląda jego okolica po tych wszystkich "dobrych" przemianach. Było bardzo spokojnie. Miasteczko strajkujących było wyludnione, ale pozostawili oni całkiem spory arsenał prześmiewczych płyt nagrobnych upamiętniających chociażby karty pre-paid , a nawet taczkę do wywożenia niechcianych polityków.
Rozbawieni skierowaliśmy się do Muzeum Narodowe, gdzie mieliśmy spędzić więcej czasu. W związku z darmowym wejściem w tym dniu, postanowiliśmy nie rezygnować z tej atrakcji. Szczególnie, że mieliśmy okazję oglądnąć wiele dzieł sztuki, które do tej pory mogliśmy zobaczyć tylko w książkach czy Internecie. Niestety wystawa poświęcona sztuce starożytnej była czasowo nieczynna. Niemniej, cztery piętra zróżnicowanych ekspozycji zaspokoiły stanowczo naszą chęć na odwiedzanie muzeów sztuki na kilka najbliższych miesięcy. Myślę, że pasjonaci, choćby nie wiem jak wygórowane mieli wymagania, znajdą w tym muzeum coś dla siebie. Dla mniej zafascynowanych sztuką, a chcących spędzić jakiś czas wśród obrazów i rzeźb, polecam to miejsce. Warto skorzystać z darmowego wejścia we wtorki i spojrzeć chociażby na "Bitwę pod Grunwaldem", która robi oszałamiające wrażenie.

Niewidzialna Wystawa.

Kiedy wyszliśmy z muzeum Alejami Jerozolimskimi poszliśmy w kierunku Niewidzialnej Wystawy, która zlokalizowana była pod numerem 123A. Byliśmy przekonani, że mamy dostatecznie dużo czasu, a drogi do przejścia stosunkowo niewiele. Nic bardziej mylnego! Okazało się, że jest totalnie odwrotnie, a ostatnie kilkaset metrów musieliśmy przebiec by móc wpaść na Wystawę w punkt. Brakowało nam tylko wydrukowanego biletu. W drodze do celu trafiliśmy rzecz jasna na punkt ksero, jednak pan go obsługujący okazał się bardzo flegmatyczny i mocno irytujący. Kiedy po prawie 10 minutach okazało się, że jego sprzęt nie obsłuży mojej karty pamięci, zaczerwieniony od złości wyleciałem na ulicę, tłumacząc Adze w locie dlaczego wracam bez biletu. Całe szczęście na miejscu okazało się, że pomimo naszego spóźnienia, nie stracimy możliwości wejścia na wystawę. Przesunięto nas na kolejną wolną godzinę. A bilet? Gdybym wiedział, że ludzie przychodzą do tej atrakcji bez wydruku, zaoszczędziłbym sporo czasu. Skończyło się jednak jak się skończyło, a i takie zakończenie nie było złe. Grunt, że wystawa nam nie przepadła. Na dodatek trafiliśmy na bardzo fajną grupę i przewodniczkę. Co prawda według zapewnień na stronie Niewidzialnej Wystawy oprowadzać nas miała niewidoma osoba, a pani okazała się po prostu mocno niedowidząca, ale kto by się tam czepiał szczegółów, kiedy wrażenia są tak ogromne. Polecam wystawę. Jest to zupełnie inny sposób... postrzegania? Pozwala na "spojrzenie" na świat oczami wyobraźni, a zmysł wzroku zastępują dotyk czy węch.

Z Niewidzialnej Wystawy postanowiliśmy powoli kierować się na Aleje Wilanowskie, skąd miał odjechać do Krakowa PolskiBus. Chwilę zajęło nam znalezienie się w gąszczu przystanków i liniach komunikacji miejskiej. Jednak kiedy siedzieliśmy już metrze, niewiele było opcji pomyłki. Dwie nitki podziemnej kolejki posiadają ten plus, że raczej się nie pomylimy w wyborze odpowiedniej. Na dodatek w miarę sprawnie dotrzemy do celu.
Przystanek "Wilanowska" pojawiło stosunkowo szybko, choć i tak musieliśmy odrobinę przyśpieszyć, by dotrzeć na odpowiedni peron. Kiedy stanęliśmy na tym przeznaczonym dla PolskiegoBusa, autokar akurat parkował. Później nie pozostało nam nic innego, jak zająć wypatrzone miejsce i zdrzemnąć się w drodze do Krakowa.

Spodobała ci się ta relacja? Zostaw komentarz. Koniecznie zostaw również swoje propozycje miejsc, które warto zobaczyć w jeden dzień w Warszawie. Zachęcam cię również do obserwowania profilu EkstraMisji na Facebooku, Twitterze czy Instagramie, na którym ostatnio zrobiłem się dosyć aktywny. 
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

2 komentarze :

  1. Zastanawiam się nad tym wejściem do metra przy Literatce... http://www.straznicyczasu.pl/viewtopic.php?t=2499

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że w życiu mnie nikt tak nie zaskoczył. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że stałem niedaleko wejścia do najstarszych schodów ruchomych w Polsce. Byłem przekonany, że prowadzą do metra. Dzięki wielkie za ten komentarz!

      Usuń

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)