Stolica wszystkiego co "naj...". Budapeszt.

Znajdziesz tutaj największe w Europie sztuczne lodowisko i synagogę oraz najstarszą linię metra na tym kontynencie. Tutaj wszystko jest "naj...". Witaj w Budapeszcie - mieście zapierających dech w piersi monumentalnych budowli.

Przeważnie nie czytam zbyt wielu relacji podróżników z miejsc, do których się udaję. Wolę przyjechać do celu z czystą głową i niezbędną porcją informacji na start. Dlaczego? Bo nie chciałbym patrzeć później na wszystko przez pryzmat opinii, które zawsze będą gdzieś z tyłu głowy i które będą psuły mój osobisty pogląd. Jednak o stolicy Węgier nie da się nie przeczytać, nie zasięgnąć porady. Jest tam tyle perełek, których blask kusi, że trzeba zdecydować się tylko na kilka z nich. Szczególnie, jeśli ma się na zwiedzanie około piętnastu godzin. Dlatego kiedy wróciliśmy z Agatą z Pragi, przeszukaliśmy Internet w nadziei na istnienie fajnego poradnika w stylu "Budapeszt na szybko." Trafiliśmy na bloga Road Trip Bus, gdzie w artykule "Budapeszt w jeden dzień" autor proponuje bardzo ciekawą trasę przesyconą atrakcjami. Swoją wycieczkę oparliśmy właśnie na tym poradniku.

Panorama miasta z Góry Géllerta.

Do stolicy Węgier przyjechaliśmy PolskimBusem przed 6:00. Pojazd zatrzymał się na dworcu autobusowym Kelenföld. Stąd ruszyliśmy główną ulicą Bartók Béla út w stronę nadbrzeża Dunaju. Po około pół godziny zobaczyliśmy hotel Géllert z ofertą odnowy biologicznej. W sąsiedztwie znajduje się kaplica wykuta w skale, gdzie korzystając z rozpoczynającej się właśnie mszy weszliśmy bez ponoszenia opłat. Ot, mała cebula w naszym wykonaniu. Wśród podziemnych korytarzy rozmieszczono krzesła i skromny ołtarz. Co ciekawe, w czynnym uczestniczeniu w modłach pomagają zamontowane na ścianach niewielkie monitory, dzięki którym można oglądać centralne miejsce kaplicy nawet jeśli jest się schowanym za licznymi skalnymi kolumnami.
Po chwili spędzonej na mszy wyszliśmy i rozpoczęliśmy wspinaczkę na Górę Géllerta. Jest to doskonałe miejsce do wykonania panoramy Budapesztu. W drodze na szczyt mijaliśmy kilkanaście platform widokowych, z których każda oferuje ciekawy widok. My trafiliśmy akurat na wschód słońca lekko przysłonięty rozpraszającymi się chmurami. W tym miejscu znajduje się Statua Wolności przypominająca Węgrom radość po II wojnie światowej, oraz Cytadela będąca symbolem ucisku Habsburgów po zdławieniu walk narodowo-wyzwoleńczych w latach 1848-49.
Kiedy już odpoczęliśmy po wspinaczce, zjedliśmy śniadanie i odbyliśmy obowiązkowe sesje zdjęciowe, rozpoczęliśmy wędrówkę ku następnej atrakcji - Statui Świętego Géllerta. Jegomość wpisał się na karty historii na wskutek tragicznej śmierci. Pełniąc jeszcze funkcję biskupa naraził się poganom, którzy postanowili uśmiercić duchownego. Umieścili go w beczce nabitej setką gwoździ i zrzucili ze skały w miejscu, gdzie obecnie znajduje się wspomniany pomnik. Towarzyszy mu kaskadowo spływający wodospad, którego teraz niestety nie mogliśmy oglądać. Być może na wiosnę woda znów płynie po skałach.
Naprzeciw statui znajduje się piękny most Elżbiety, której pomnik znajduje się poniżej, na niewielkim skwerku Döbrentei tér.

Wzgórze Zamkowe.

Idąc wzdłuż ulicy Ybl Miklós tér mogliśmy oglądnąć odnowione mury zamkowych ogrodów. Korzystając z funkcji StreetView na mapach Google widać ich stan jeszcze przed odrestaurowaniem, a raczej totalnym odbudowaniem. Były one w zasadzie prawie zrównane z ziemią. Teraz, kiedy prace kończą się, widok jest zachwycający. Wspinamy się do wejścia licznymi schodami, klucząc pomiędzy murami. Wewnątrz części muzealnej zostawiamy swoje plecaki i ruszamy zwiedzać pałac. Szczerze mówiąc wszedłem tam mając nadzieję zobaczyć pięknie wykończone sale, pełne przepychu i bogactwa. Z racji totalnej nieznajomości historii Węgier i samego Budapesztu zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem ściany pokryte purpurowymi płytami regipsowymi. Na nich zarysowane jest kilka elementów, które przed totalnym zniszczeniem zdobiły sale. Niestety według mnie sama ekspozycja jest za bardzo rozwleczona po czterech piętrach. Jednak jest to moje zdanie. Aga z kolei była zadowolona ze zwiedzania. Jak wiadomo są gusta i guściki o których się nie dyskutuje.
Idąc od głównej zamkowej bramy mijamy monumentalną fontannę Króla Macieja ukazująca go podczas polowania w towarzystwie martwego jelenia. Następnie widzimy gmach Galerii Narodowej. Zdecydowaliśmy, że dalszą część wzgórza zamkowego, gdzie znajduje się słynny Kościół Macieja oraz Baszta Rybacka zostawiamy na wieczór. Chcieliśmy jeszcze zobaczyć inne atrakcje ulokowane w Peszcie. Zboczyliśmy więc z głównej trasy i udaliśmy się w kierunku zbudowanej w 1870 roku kolejki zębatej Siklo. Korzystając z usług jednego z dwóch wagoników - Géllerta lub Margit - można wjechać na zamkowe wzgórze lub zjechać w kierunku Mostu Łańcuchowego. My postanowiliśmy nie nadwyrężać ich zbytnio i zeszliśmy o własnych siłach. Niemniej, może to być niemała atrakcja dla wielu odwiedzających Budapeszt.

Pierwsze kroki po Peszcie.

Przeszliśmy przez zbudowany w latach 1839-49 Most Łańcuchowy, których przęsła rzeczywiście przypominają łańcuch, choć bardziej ten rowerowy. Pod koniec II wojny światowej most został zburzony, ale już w 1949 roku na nowo stał się jedną z czynnych przepraw nad Dunajem. Na drugim brzegu wita nas ogromny hotel Gresham Palace, jeden z najładniejszych w Budapeszcie i należący do najdroższych, który widziałem w swoim życiu. Za noc w dwuosobowym pokoju płaci się tutaj prawie dwa tysiące polskich złotych, więc przeliczając na forinty, niejeden zacznie zastanawiać się czy nie spogląda właśnie na numer telefonu.
Idąc promenadą nadbrzeżną możemy podziwiać Wzgórze Zamkowe w pełnej krasie. Choć największe wrażenie zrobi na nas dopiero po zapadnięciu zmroku, kiedy zapalą się wszystkie lampy oświetlające fasady budynków. Teraz możemy spokojnie podążać ku parlamentowi, istnej koronie na brzegu Dunaju. Po drodze tylko warto zatrzymać się na chwilę, by spojrzeć na pomnik
autorstwa Gyula Pauera. Przedstawia on sześćdziesiąt par butów wykonanych z żelaza, które mają przypominać o licznych ofiarach holokaustu. Właśnie nad Dunajem dochodziło do największej liczby rozstrzelań. Faszyści tuż przed egzekucją nakazywali żydom ściągać buty, po czym strzelali do nich. Ci wpadali do rzeki, a ich ciała płynęły z nurtem.
Podążając wzdłuż Idõsebb Antall Józef rakpart podziwiamy ogrom parlamentu. Zbudowany z piaskowca budynek o postrzępionych wieżyczkach i ciemnoczerwonych dachach robi wrażenie. Nie możemy doczekać się wejścia do wnętrza. Wiemy, że zwiedzanie gmachu odbywa się tylko w grupie kierowanej przez przewodnika. Przy kasach dowiadujemy się, że zwiedzanie po polsku nie jest już dostępne. Zostaje nam zwiedzanie po angielsku, hiszpańsku czy rusku. Fart chciał, że udało się nam załapać się na tą pierwszą grupę, gdyż akurat zostały dwa wolne miejsca. Mieliśmy godzinę przerwy, gdyż wycieczka rozpoczynała się chwilę przed 15:00. Postanowiliśmy zjeść coś przed wejściem i dodatkowo zobaczyć okolice parlamentu. W sąsiedztwie znajduje się Muzeum Etnograficzne oraz Ministerstwo Kultury. Na placu przed głównym wejściem umieszczona została iglica z flagą Węgier, której w ciągu dnia strzegą dwaj żołnierze z gwardii honorowej. Obok na cokole stoi dumnie Rákóczi Ferenc ze swym rumakiem. Można też przysiąść się do Józefa Attila Szobora, który rozsiadł się na schodach niedaleko gmachu parlamentu. Mały piknik niedaleko wejścia i powolny spacerek skutecznie wypełniły czas przed zwiedzaniem. Teraz jednak trzeba było rozpocząć wycieczkę po parlamencie.

Parlament.

Przed rozpoczęciem zwiedzania jesteśmy sprawdzani wykrawaczami metalu, a nasze bagaże są prześwietlane. Trochę obawiałem się, czy schowany w plecaku nóż do smarowania będzie potraktowany jako potencjalne zagrożenie. Nic jednak takiego się nie stało i kilka minut przed 15:00 już byliśmy w drodze do pierwszego przystanku na wycieczce po gmachu. Niezbyt skupialiśmy się na paplaninie przewodniczki, szczególnie, że okazała się ona bardziej hiszpanką i jej angielski był trudny do ogarnięcia. Niemniej, przyszliśmy tutaj aby zobaczyć budynek od środka, a nie słuchać anegdotek. Dlatego zajęliśmy się obfotografowaniem każdego centymetra korytarzy i pomieszczeń. Przeprowadzono nas przez okazały, reprezentacyjny hall z którego korzysta się przy uroczystościach państwowych czy podczas odwiedzin ważnych gości. Następnie zgromadzono nas wokół gabloty, której chroniło dwóch żołnierzy. Dodatkowo pilnowało nas trzech pracowników ochrony. Wszystko po to, by nie zrobić zdjęcia jednej z najcenniejszych relikwii narodu węgierskiego - koronie świętego Stefana, oraz insygniom królewskim. Biorąc pod uwagę burzliwą historię korony, nie dziwi tak skrupulatne zabezpieczenie. Pod koniec II wojny światowej została ona wywieziona z Budapesztu - najpewniej przez węgierskiego faszystę Ferenca Szálasi (choć niektóre wersje podają, że ukradli ją niemieccy żołnierze). Wróciła do kraju po przepłynięciu Atlantyku dopiero w 1978 roku.

Po oglądnięciu zawartości gabloty, a także samej ogromnej sali w której się ona znajduje przeszliśmy przez kuluary do dawnej Izby Wyższej. Dzisiaj pełni ona rolę reprezentacyjnej sali konferencyjnej ponieważ urząd ten zniesiono w systemie politycznym w 1945 roku. Tutaj nasza około trzydzieści minutowa wycieczka się skończyła. Czuliśmy mały niedosyt, że wszystko przebiegło tak szybko. Zaproszono nas do oglądnięcia wystawy poświęconej budynkowi parlamentu. Jeśli mam być szczery, to więcej dowiedziałem się właśnie z niej. Szkoda, że tak maszynowo podchodzi się tutaj do zwiedzania perełki miasta i całych Węgier. Całe szczęście pobyt na wystawie był już nieograniczony.
Wychodząc z powrotem na zewnątrz czuliśmy się tak czy inaczej zadowoleni, że udało się nam wejść do środka. Żal byłoby opuszczać Budapeszt nie zobaczywszy jednej z największych atrakcji na mapie stolicy.
Zachwyt nad okazałym budynkiem zwieńczyło niezwykłe oświetlenie jego fasady, które uruchomiono krótko po naszym wyjściu. Stojąc nad brzegiem Dunaju mogliśmy sfotografować malowniczą panoramę Budy, a później parlament.

Wieczorny spacer wśród zabytków Pesztu.

Udaliśmy się jedną z bocznych uliczek w kierunku Bazyliki Św. Stefana. Po drodze przeszliśmy jeszcze przez Skwer Wolności, gdzie na jednym końcu znajduje się pomnik upamiętniający sowiecką wojnę, a na drugim pomnik na część ofiar niemieckiej okupacji.
Wejście do bazyliki jest płatne "co łaska". W środku wydzielono specjalną strefę turystyczną tak by mieszkańcy Budapesztu mogli w spokoju pogrążyć się w modlitwie. Spędziliśmy tam kilka chwil, chcąc przyjrzeć się bogato zdobionemu wnętrzu, a przy okazji ogrzać się odrobinę przed dalszą wędrówką.
Później poszliśmy aleją Andássy w kierunku Węgierskiej Opery Państwowej. Doszły nas słuchy, że zamiast wydawać na wycieczkę po niej, lepiej jest wykupić bilet na spektakl. Stwierdziliśmy, że jest to nawet niezłe rozwiązanie. I poniekąd daje nam powód do kolejnego odwiedzenia stolicy Węgier. Wszak idąc na balet węgierskiego znać zbytnio nie trzeba, prawda? Teraz postanowiliśmy tylko wejść do środka i skorzystać, z faktu że do głównego holu wejście jest bezpłatne.
Następnie podążając nadal wzdłuż alei doszliśmy do Oktagonu - ośmiokątnego placu, który dawniej nosił nazwę włoskiego faszysty Benito Mussoliniego. W oddali majaczyła łuna bijąca z Placu Bohaterów oraz z oświetlonego Zamku Vajdahunyad. Czym prędzej pośpieszyliśmy w jego kierunku. Po drodze minęliśmy jeszcze Muzeum Terroru. Zapoznaliśmy się z wyświetlanymi na jego fasadzie krótkimi filmikami streszczającymi momenty walk mieszkańców o niepodległość. Wzdłuż budynku stworzono galerię z planszami na których opisane są historyczne fakty z tego okresu. Wrażenie robi również rzeźba "Żelazna Kurtyna" będąca metaforą zjawiska podziału Europy po konferencji w Jałcie, która podzieliła kontynent na sowiecką i tą, niebędącą pod władzą Moskwy.

Plac Bohaterów i Park Miejski.

Po chwili dotarliśmy do wspomnianego Placu Bohaterów, gdzie dumnie wznosi się ponad okolicę Pomnik Tysiąclecia. Przedstawia on postać Archanioła Gabriela, który według legend miał ukazać się Św. Stefanowi - pierwszemu władcy Węgier i nakazać mu przyjęcie korony. U podstawy ponad trzydziestometrowej kolumny stoją dumni książę Arpad wraz ze swymi sześcioma wodzami, którzy przyprowadzili Madziarów na teren dzisiejszych Węgier.
Za pomnikiem wybudowano kolumnadę pośród której umieszczono figury najważniejszych postaci w historii Węgier.
Plac był miejscem wielu demonstracji politycznych. To tutaj doszło do zniszczenia umieszczonego po II wojnie światowej pomnika Stalina w 1956 roku. Jego miejsce zajął Lenin, ale po upadku komunizmu przeniesiono go do słynnego parku pomników.
Przechodząc przez plac dochodzimy do ogromnego stawu, który o tej porze roku zamienia się w największe sztuczne lodowisko w Europie. Jego powierzchnia robi wrażenie. Tłem całej scenerii jest Zamek Vajdahunyad, który pod wieczór jest bajecznie podświetlony oraz Park Miejski w którym akurat kończyły prace liczne stoiska z "tradycyjnym" jedzeniem. Starając się opanować ślinianki udajemy się szybko w kierunku bramy wjazdowej na zamek. Mieści się on na niewielkim półwyspie. Będąc na jego dziedzińcu ma się wrażenie, że weszło się do krainy Disneya. Po lewej stronie stoi pięknie wyrzeźbiona kaplica. Naprzeciw znajdują się dawne siedziby dla służby, a nieco w głębi wznosi się wysoka fasada zamku. Przy alejce prowadzącej do wejścia postawiono rzeźbę Galla Anonima. Jak głosi legenda, pogłaskanie posągu skutkuje podwyższonym poziomem weny twórczej. Cóż, być może właśnie wymuskanie większej części Anonima pomogło mi napisać niniejszy tekst?
Opuszczając park postanowiliśmy spróbować jednego z węgierskich przysmaków typu fast-food - langosa. Stworzony z mąki pszennej oraz drożdży smażony jest na głębokim tłuszczu. Następnie smaruje się go masłem czosnkowym, polewa śmietaną i posypuje startym serem oraz plasterkami czerwonej cebuli. Widzieliśmy też wersję z gulaszem, jednak bardziej przemówiła do nas ta bardziej light.

Żółta Linia Metra.

Będąc w Budapeszcie nie można ominąć atrakcji jaką jest przejażdżka najstarszą w Europie linią metra. My chcieliśmy rozpocząć jazdę z Placu Bohaterów, jednak awaria automatu biletowego zmusiła nas do ominięcia tej stacji. Udaliśmy się pod Muzeum Etnografii, gdzie znajdowało się kolejne zejście do metra i działający tym razem automat.
Dzisiejsza żółta linia powstała już w 1896 roku i działa do tej pory. Co ciekawe budowa trwała zaledwie dwa lata, ponieważ otwarcie miały uświetnić obchody tysiąclecia państwa węgierskiego. Po prawie stu latach nastąpiła modernizacja nitki, podczas której ją wydłużono. Niemniej, urzędowa nazwa Metro M1 często przez mieszkańców jest zmieniana na "kolejkę podziemną" lub "małe metro". Cóż, trudno się z tymi określeniami nie zgodzić. Długość linii to zaledwie 3,7 km. Jednak to zupełnie nie przeszkadzało aby w 2002 roku metro wpisano na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dzisiaj kolor odnosi się do wszystkiego: żółte są poręcze przy zejściach do stacji, tak samo jak kolumny, a nawet sam pociąg.
Jest to przeżycie, którego nie można odpuścić. Trzeba jednak pamiętać, aby zakupić bilet. Na niemal każdej stacji obecni są kontrolerzy, których nie tak łatwo odwieźć od pomysłu wystawienia mandatu.
My wysiedliśmy na stacji końcowej, czyli Vörösmarty tér. Stamtąd udaliśmy się do Wielkiej Synagogi.

(Prawie) Ostatnie chwile w Budapeszcie.

Dochodziła 22:00 kiedy okrążyliśmy Wielką Synagogę i usiedliśmy pod jej budynkiem. Jest to najstarsza synagoga w Europie i trzecia co do wielkości na świecie - zaraz za tymi w Jerozolimie i Nowym Jorku. Mieści w sobie około trzech tysięcy wiernych.
Co ciekawe dopiero dwadzieścia lat temu została otwarta po całkowitym zburzeniu w 1939 roku, chwilę przed rozpoczęciem wojny. Została wtedy wysadzona w powietrze przez pronazistowskie ugrupowanie Strzałokrzyżowców. Odbudowa kosztowała około pięciu milionów dolarów, ale było warto. Dziś bowiem w synagodze mieści się centrum judaizmu neologicznego.
Mieliśmy w planach jeszcze powrót na Wzgórze Zamkowe, aby sfotografować panoramę oświetlonego Pesztu. Jednak zmęczenie wygrało. Zdecydowaliśmy, że podejdziemy w okolicę Kościoła Kalwińskiego. Znajduje się on pod fajnym kątem w stosunku do parlamentu. Stąd zdecydowaliśmy się sfotografować rządową siedzibę chcąc uchwycić pięknie oświetloną fasadę. Na zdjęcie załapał się później również Most Łańcuchowy.
I tymi oto zdjęciami zakończyliśmy oficjalnie zwiedzanie Budapesztu. Pozostało tylko na czas pojawić się na dworcu by wsiąść w powrotnego PolskiegoBusa, który miał odjechać o 23:45.
Tutaj dochodzimy do chwili, kiedy przewoźnik stracił bardzo wiele w naszych - i wielu zgromadzonych na dworcu osób - oczach. Okazało się, że przyjazd autobusu odwlekał się w czasie. Oboje mieliśmy wyłączone telefony - w NJU Mobile nie ma roamingu (chyba, że ktoś sobie go włączy) - więc opieraliśmy się tylko na strzępach informacji, które słyszeliśmy od innych podróżnych. Początkowo mieliśmy odjechać z opóźnieniem 145 minut. Ostatecznie w autobusie usiedliśmy dopiero przed 4:00. Nie brakowało krzyków i kłótni. Wszyscy byliśmy zmarznięci i zmęczeni. Atmosferę podgrzewał fakt, że obsługa PolskiegoBusa widziała większy problem w tym, że musieli zrezygnować z wolnego dnia i po nas przyjechać. I nie omieszkali nam tego komunikować za każdym razem, kiedy prosiliśmy o szybsze wpuszczenie do ciepłego autobusu, pomijając zbędną w tej sytuacji kontrolę rezerwacji (w końcu ilu pasażerów na gapę może być o 4:00 nad ranem?). Jak widać, punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. W końcu jednak wszyscy rozsiedli się i niemal po kilku sekundach zasnęli. Walcząc o odzyskanie czucia w kończynach ostatecznie również pogrążyliśmy się we śnie.
Podróż zakończyliśmy ostatecznie o godzinie 11:00 na krakowskim dworcu autobusowym.

Podsumowując, spędziliśmy niedzielę bardzo aktywnie. Rozpiera nas radość, że mogliśmy zobaczyć jedną z najpiękniejszych stolic na świecie. Ile będziemy czekać na kolejne miasto, które równie mocno nas zachwyci? Tego nie wiem. Przed nami ostatnia z wykupionych po promocyjnych cenach wycieczka PolskimBusem - do Wiednia. Być może okaże się on jeszcze bardziej urokliwy. Na chwilę obecną jednak Budapeszt jest miastem, które będę wszystkim gorąco polecał. I z pewnością jeszcze nie raz moja stopa stanie na węgierskiej ziemi. Kto wie, może nawet spędzę tam tyle czasu co w Pradze?

Jeśli powyższa relacja ci się podobała, zostaw komentarz lub wciśnij "Lubię to!" na Facebooku, serduszko na Twitterze albo "+1" na Google+. Byłeś w Budapeszcie albo innym mieście Węgier? Koniecznie opisz swoje wrażenia. A jeżeli chcesz, aby takich relacji pojawiało się jeszcze więcej, zasubskrybuj EkstraMisję na jej profilu na Patronite. Zapraszam do czytania kolejnych artykułów pojawiających się na tej stronie i czynnego uczestniczenia w jego funkcjonowaniu.
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

1 komentarze :

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)