Spontaniczny długi weekend. Część 3. Kręte drogi wśród zamków i kapliczek.

Czasami niektóre plany idą w łeb. Jednak nie ma co się załamywać, tylko spróbować znaleźć jakąś alternatywę. Bo w końcu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

1 listopada mieliśmy spędzić w Budapeszcie. Planowaliśmy odwiedzić Zamek Królewski, zobaczyć mosty nad Dunajem czy parlament. Wszystko planowało się dobrze, prócz... rezerwacji samego dojazdu do największego miasta Węgier. Wiedzieliśmy o tym, że PolskiBus oferuje promocyjne ceny dojazdu do stolic południowych państw. Za 15 złotych od osoby moglibyśmy dojechać do Budapesztu, ale niestety przegapiliśmy ten moment i ceny skoczyły do góry. Ledwo pogodziliśmy się z tą stratą. Ale cóż robić? Trzeba wymyślić jakąś alternatywę.


Po licznych kombinacjach, stwierdziliśmy, że najkorzystniej byłoby wybrać miejsce, do którego dojedziemy bezpośrednio z Krakowa i to w miarę krótkim czasie. Doszliśmy również do wniosku, że skoro w ten dzień wszystko będzie zamknięte, to musimy zdecydować się na coś, czego restrykcyjne godziny otwarć nie ograniczą naszych możliwości. Wybór padł na Kalwarię Zebrzydowską i jej okolicę.

Przy pomocy Mapy Turystycznej online wytyczyliśmy trasę. Zaplanowaliśmy, że Kalwaria będzie naszym miejscem startu i zakończenia spaceru. Mieliśmy przejść spod bazyliki zielonym szlakiem do ruin Zamku Skrzyńskich. Następnie przez Stronie dojść na Zachełmno i stamtąd żółtym szlakiem do Lanckorony. Później niebieską ścieżką wrócić na dworzec PKP, skąd wrócilibyśmy do Krakowa. Jeśli interesuje cię przebieg całej trasy odsyłam do mapy. Wystarczy kliknąć w poniższy banner.

Trasa Kalwaria, PKP Lanckorona – Kalwaria, PKP Lanckorona w serwisie mapa-turystyczna.pl

Mając na uwadze, że cała wycieczka miała się zamknąć w około sześciu godzinach, a pociągów powrotnych mieliśmy kilka, postanowiliśmy się zanadto nie śpieszyć. Ot, chilloutowy, jesienny spacerek.
Warto zaznaczyć, że do Kalwarii, dalszych Wadowic czy Andrychowa najlepiej jechać z dworca Kraków Płaszów. Owszem, można wyjechać z głównej stacji w centrum, jednak najczęściej łączy się to z kilkunastominutowym oczekiwaniem na przesiadkę i dalszą podróż właśnie na Płaszowie. Dlatego bardziej opłaca się dojechać na miejsce tramwajem - chociażby na Estakadę - i spokojnie wsiąść już do bezpośredniego pociągu. Śpimy dłużej i nie marzniemy niepotrzebnie na peronie - a o tej porze roku raczej rzadko nad ranem temperatura sięga 15 stopni Celsiusza.

Dojechawszy do Kalwarii Zebrzydowskiej stwierdziliśmy, że miasteczko totalnie się wyludniło. Dopiero w "centrum" zaczęły jeździć samochody i spotkaliśmy jakiś ludzi. Był to dobry znak: na szlaku nie będzie tłoczno! Choć biorąc pod uwagę stan ścieżek na całej trasie, raczej mało prawdopodobne, aby poza 1 listopada turyści ochoczo odwiedzali te rejony. Wszystko skupia się przeważnie na sanktuarium.

Będąc w Kalwarii szkoda byłoby nie zobaczyć zabudowań klasztornych czy bazyliki. W końcu zmierzają tutaj liczne pielgrzymki z całego świata. I choć nie jestem pasjonatem tego typu architektury, to muszę przyznać, że cały kompleks zrobił na mnie duże wrażenie. Wcale się nie dziwię, że został on wpisany w roku 1999 na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i co najważniejsze jest on na niej jedyną kalwarią. Choć muszę również dodać, że rozbawił mnie widok dziedzińca ze sklepem z pamiątkami, restauracją i pokojami do wynajęcia. Wśród murów klasztornych stworzono istne centrum turystyczne, które całkiem nieźle odpowiedziało na potrzeby współczesnego obieżyświata, tudzież pielgrzyma. Gdyby się uprzeć, goście praktycznie nie musieliby opuszczać kompleksu, a to skojarzyło mi się ze wszystkimi molochami m.in. w Egipcie, Turcji czy we Włoszech. Tam również buduje się hotele w taki sposób, żeby nie trzeba było z nich wychodzić.

Po oglądnięciu bazyliki i innych miejsc, do których można było wejść bez przewodnika (w tym dniu zwiedzanie nie było możliwe), wkroczyliśmy ponownie na zielony szlak. Wspinając się coraz wyżej, mijaliśmy co jakiś czas niewielkie budynki, będące elementami Dróżek Kalwaryjskich. Po jakimś czasie droga się zmieniła i weszliśmy w nieco gęstszy las. Zboczyliśmy na moment, aby zobaczyć teren dawnego Grodziska Bugaj. Dzięki licznym wykopaliskom dowiedziono, że w okolicach Góry Żar istniały osady z okresu paleolitu, neolitu czy brązu i żelaza. Bugaj to w kulturze słowiańskiej "miejsce święte". Dzisiaj nazwa ta przetrwała, a pobliska wioska istniejąca pod tą samą nazwą ma przypominać o ludach słowiańskich.

Szlak idealnie nadawał się do założonych planów, by wycieczka przebiegała spokojnie i bez większego wysiłku. Tylko sporadycznie droga opadała lub wznosiła się ostro w górę czy dół. Na przykład dochodząc do ruin Zamku Skrzyńskich (lub inaczej Barwałd) należało najpierw zejść do rowu - będącego zapewne pozostałością po fosie - a następnie wspiąć się na szczyt gdzie jeszcze kilka stuleci temu stały mury. Dziś zobaczysz tylko niewielki jego fragment. W lokalizacji dawnej warowni pomaga tablica informacyjna u stóp wzniesienia. Podobno o północy zjawa żony Skrzyńskiego unosi się nad pozostałościami zamku, a w zasypanych lochach słychać jęki uwięzionych. Szkoda, że nie trafiłem tutaj szybciej. Napisałbym o tym miejscu w artykule "Zjawy, tajemnice, skarby. 5 nawiedzonych miejsc w Polsce". Chodząc po ruinach nie doświadczyliśmy paranormalnych zjawisk, ale było przed południem. Być może dwanaście godzin później byłoby zupełnie inaczej.




Po kilkunastu minutach wyszliśmy z lasu i dotarliśmy do otwartej przestrzeni. Idąc drogą w kierunku południa, mogliśmy podziwiać Beskid Makowski. W znakomitej większości szlak prowadził nas przez asfaltówki. Tylko czasami musieliśmy przejść kilkadziesiąt metrów przez błotnistą i zarośnięta ścieżkę. Niemniej, dzięki podążaniu od wioski do wioski taką drogą mogliśmy podziwiać malowniczość terenu. A było co podziwiać: przed nami zarysowywały się m.in. szczyt Chełmu (603 m n.p.m.) i Przełęcz Sanguszki (477 m n.p.m). Wszystko tonęło w jesiennych kolorach liści.
Kiedy odpoczęliśmy na przełęczy Zachełmno (530 m n.p.m) poszliśmy w kierunku Skawinki, gdzie pośród serpentyn dróg stoi drewniany kościółek św. Joachima. Został on przeniesiony w 1956 roku z Przytkowic i należy do zabytków na Szlaku Architektury Drewnianej. Stamtąd idąc wciąż drogą dotarliśmy w końcu do Lanckorony.

Doszliśmy do tego miasteczka nieco szybciej, niż się spodziewaliśmy, dlatego zdecydowaliśmy się na dłuższy odpoczynek. Wybraliśmy lanckoroński rynek, który bardzo się nam spodobał. Zachował on bowiem oryginalną drewnianą zabudowę z XIX wieku. Dodatkowo, leżąc na ławce mogliśmy oglądać panoramę Beskidów w coraz mocniejszych promieniach słońca. Spokój, cisza i polepszająca się pogoda. Czego chcieć więcej?
Z rynku poszliśmy w górę, w kierunku ruin zamku. Idąc niebieskim szlakiem po dosłownie chwili stanęliśmy wśród murów. Dzisiaj niewiele zachowało się z dawnej warowni. Jednak jeśli chodzi o ilość architektonicznych pamiątek, to wygrywa stanowczo z Barwałdem.
Biorąc pod uwagę bogatą historię zamku, trudno się dziwić, że możemy oglądać jedynie część muru i fundamenty wież. Zamek powstał za sprawą Kazimierza Wielkiego. W XIV wieku na zachód od Lanckorońskiej Góry przebiegała granica między ziemiami krakowskimi a oświęcimskimi, a warownia miała tej granicy strzec.

To tutaj Mikołaj Zebrzydowski przygotowywał tzw. rokosz Zebrzydowskiego przeciwko Zygmuntowi III Wazie. Później zamek przejęli najpierw Czartoryscy, a następnie Wielopolscy, z których Józef Wielopolski panował do roku 1772, kiedy to warownia padła pod naporem sił austriackich. Zamek był również w 1768 roku siedzibą konfederatów, którymi dowodził Maurycy Beniowski. Tam też rok później odbyła się potyczka pomiędzy wojskami Kazimierza Pułaskiego a rosyjskimi. W 1771 doszło do nieudanej próby zdobycia zamku ponownie przez armię rosyjską, zwanego "Obroną Lanckorony". Zamek został przerobiony przez władze Galicji na więzienie, a po przeniesieniu osadzonych do Wadowic, został wysadzony w powietrze. W 1884 roku rozpoczęto rozbiórkę walących się ścian co poskutkowało obecnym stanem.

Zdążyło się zrobić ciemno, kiedy wkroczyliśmy ponownie do Kalwarii Zebrzydowskiej. Dotarliśmy na dworzec i jak się okazało po pół godziny oczekiwania, siedzieliśmy już w pociągu w kierunku Krakowa.
Cała wycieczka, pomimo tego, że zaplanowana dzień wcześniej była udana. Niby trochę żal, że nie spędziliśmy tego czasu w Budapeszcie. Jednak biorąc pod uwagę malowniczość terenu, można przeboleć jakoś brak setek architektonicznych perełek. I jest racja w tym, co napisałem na początku. Bo pomimo tego, że nie pojechaliśmy do stolicy Węgier na początku listopada, to nic straconego. Mogliśmy zobaczyć Kalwarię i jej piękne okolice. A poza tym już mamy zarezerwowane bilety nie tylko do Budapesztu, ale również do Pragi i Wiednia. Więc "co się odwlecze to nie uciecze" jak mówi przysłowie.

Jeśli przeczytałeś tą relację do końca, to wiedz, że możesz napisać o niej opinię. Może masz swoje ulubione miejsca w okolicy Kalwarii i Lanckorony? Podziel się nimi. Nie zapomnij również o "lajku" na Facebooku czy Twitterze.
Dodatkowo możesz sprawić, że takich wycieczek będzie więcej. Wejdź na mój profil na Patronite.pl i poznaj szczegóły.
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)