Spontaniczny długi weekend. Część 2. Łańcucka Rezydencja.

Rozmyślając nad pomysłami spędzenia kilku dodatkowych dni wolnych w tygodniu, pojawiła się myśl, czy nie warto byłoby zwiedzić zamek w Łańcucie.

Osobiście kompletnie nie zdawałem sobie sprawy z jego istnienia. Tym bardziej było mi głupio, kiedy Aga patrząc na mnie z niedowierzaniem stwierdziła, że dawna siedziba Lubomirskich i Potockich widnieje na liście najbardziej znanych budowli tego typu w Polsce - zaraz za Wawelem, Malborkiem czy Książem. Cóż było robić? Niewiedzę czy brak systematyczności w poznawaniu rodzimych zabytków trzeba było nadrobić.
Mając silną motywację, w niedzielę, wcześnie rano wsiedliśmy do pociągu w kierunku Rzeszowa. Stamtąd po niecałej godzinie oczekiwania połączonego ze zwiedzaniem, mieliśmy pojechać dalej, do samego Łańcuta. Nie wiem, czy to wygoda nowoczesnych składów Przewozów Regionalnych czy podniecenie z racji podróży po prostu, ale dostanie się na miejsce upłynęło nam bardzo szybko i bez zmęczenia (była to jakby nie patrzeć ponad czterogodzinna jazda).

Nie rozważaliśmy ani przed, ani tym bardziej w trakcie podróży naszej drogi z dworca do zamku. Dlatego kiedy już wysiedliśmy z pociągu, byliśmy lekko zdezorientowani. Tym bardziej, że nasze zwoje o tak wczesnej porze niestety bywają baaardzo poplątane. Pomoc zaoferował nam starszy pan, który przyjechał w odwiedziny do swojej rodziny. Jak się dowiedzieliśmy, mieliśmy dwie możliwości: pójść prosto pod bramę ogrodu otaczającego zamek albo udać się z naszym przypadkowym przewodnikiem "trasą bardziej widokową". Nie można było takiej okazji przepuścić, szczególnie, że planowaliśmy drogę powrotną już pod wieczór. A jak wiadomo ciemności nie sprzyjają podziwianiu panoramy miasta - chyba, że chodzi o zachwyt licznymi, różnokolorowymi światłami.

Po spokojnym spacerku i rozmowie z naszym przemiłym przewodnikiem, doszliśmy - mijając Muzeum Historii Miasta i Regionu (dawne Kasyno) - pod jedną z bram prowadzących do zamku. Tam dowiedzieliśmy się, że aby wejść do rezydencji, potrzebujemy nabyć bilet w dawnym Maneżu. Dzisiaj mieści się tam Podkarpackie Centrum Dziedzictwa i... znajduje się ono poza terenem parku. Niby to tylko kilka kroków od płotu, ale mimo to poczuliśmy lekką irytację. Jednak będąc przy kasie biletowej niezadowolenie zniknęło, kiedy okazało się, że możemy zapłacić łącznie 26 zł za wszystko w ramach promocji "Kultura Dostępna". Jeśli planujesz zwiedzić łańcuckie zabytki, a nie masz skończonych 26 lat i posiadasz legitymację, warto zapytać o tą ofertę. Oszczędza się w ten sposób sporo, ponieważ wstęp do chociażby Wozowni warunkuje opłatę około 20 zł za osobę.

Niebo pojawiło się pomiędzy rozrzedzonymi chmurami w towarzystwie słońca. Korzystając z większej ilości światła odbyliśmy krótką sesję zdjęciową przed wejściem do zamku. Później niestety aparaty i telefony musieliśmy schować. Zwiedzając wnętrza trzeba się liczyć z uważnym wzrokiem pracowników, którzy pilnują czy aby na pewno nie uwieczniasz na zdjęciu któregoś z obrazów czy świeczników. Trzeba jednak przyznać, że ich nieuwagę dosyć często można wykorzystać. Ale to już jest kwestia sumienia czy strachu przed konsekwencjami. Do niczego oczywiście nie namawiam...
Zwiedzanie rezydencji odbywa się bez większych problemów. Trzeba jednak dokupić audioprzewodnik albo standardowego przewodnika, który pomoże ci w zrozumieniu na co patrzysz. Ekspozycja nie jest w żaden sposób opisana, dlatego "na sucho" po prostu nie warto. Niczego się o niej nie dowiesz ani nie poznasz licznych ciekawostek konkretnych rzeczy czy miejsc. Zresztą i tak cię na tych warunkach najprawdopodobniej nie wpuszczą.

Przechodząc do kolejnych pomieszczeń odbywaliśmy poniekąd również podróż po różnych stylach. Wnętrza są istnym majstersztykiem jeśli chodzi o dopracowanie nawet najmniejszych szczegółów. Nawet podłoga jest wykonana z największą starannością i stanowi także swego rodzaju dzieło sztuki (dlatego nie zdziw się, jeśli będziesz musiał założyć filcowe "kapcie" przed przystąpieniem do zwiedzania).
W salach mogliśmy przyjrzeć się dziełom Vincenzo Brenny, Szymona Bogumiła Zuga, Christiana Piotra Aignera. Zresztą nad wykończeniem pracowało grono znanych mniej lub bardziej artystów. Nie ma się co dziwić - w końcu zamek miał być siedzibą władców.

Zaraz po oglądnięciu całej przygotowanej wystawy, wyszliśmy na zewnątrz i skierowaliśmy się do Oranżerii. I dobrze się stało. W czasie, jaki spędziliśmy w głównym gmachu muzeum, na dworze zrobiło się znacznie zimniej. Klimat kolejnej atrakcji w zamkowym parku okazał się miły dla naszych zziębniętych ciał. Szczególnie, że mieszkańcami Oranżerii były nie tylko wielometrowe palmy, bambusy czy gęste bluszcze, które - według znudzonej pani przewodniczki, oprowadzającej swoją grupę - "skutecznie zasłaniają sufit, więc nie trzeba go tak często malować." Mogliśmy też przyjrzeć się terrariom z żółwiami lub konikami polnymi, akwariom z maciupeńkimi rybkami oraz klatkom z papugami i gryzoniami. Całości dopełniały dwie mniejsze fontanny, które koiły zmysły. Ogólnie, wszelkie Oranżerie są zawsze mile widziane na trasie naszego zwiedzania.

Kiedy już zrobiliśmy sobie przerwę wśród ogromnych roślin i odzyskaliśmy siły, ruszyliśmy do Storczykarni. Czekał nas dosyć długi marsz, ponieważ park - w stylu angielskim - jest ogromnym terenem, a budynki z atrakcjami są porozrzucane po całym jego obszarze. Obeszliśmy rezydencję z lewej jej strony i jedną z alejek po jakimś czasie stanęliśmy na rozwidleniu dróg, gdzie dookoła otoczyły nas: Korty Tenisowe, Ujeżdżalnia oraz Dom Ogrodnika, w środku którego urządzili się nauczyciele i uczniowie Szkoły Muzycznej. Poszliśmy wzdłuż Kortów i dotarliśmy do pokaźnej wielkości kilku szklarni. Szybkie machnięcie biletami i już pogrążyliśmy się w zapachu dziesiątków zapachów.
Storczykarnia jest obowiązkowym przystankiem na trasie zwiedzania. Szkoda tylko, że w środku znalazła się tylko jedna ławeczka, na której można przysiąść i rozglądnąć się wokół. Przydałoby się zorganizować nieco miejsca dla większej ilości turystów, złaknionych chwilą odpoczynku wśród kolorów i różnych kształtów tych niezwykłych kwiatów.

Nasyceni - lub bardziej przesiąknięci - zapachem storczyków, wyszliśmy ze szklarni, a po chwili również z przy zamkowego parku. Stanęliśmy przed dużym budynkiem, który - jak głosił napis wewnątrz i na mapce - był Stajnią. Wzdłuż ścian, a także w części dawniej zamieszkiwanej przez konie ustawionych jest rząd powozów i sań. Poznaliśmy historie najbardziej znanych mieszkańców boksów i ich roli, jaką pełniły w świecie tak wymuskanym i starannie przygotowanym przez Lubomirskich i Potockich.
Bardzo szybko znaleźliśmy się na dziedzińcu przed Wozownią. Budynek przypomina hangar i myślę, że gdyby nie bliskie sąsiedztwo innych, z powodzeniem mógłby pełnić tę funkcję. W środku na pierwszy plan wysunął się powóz żałobny, który ma za sobą nawet historię aktorską. Wystąpił bowiem m.in. w filmie "Vabank 2". Dwie boczne sale wypełnione są szczelnie najbardziej eleganckimi wozami, powozami czy bryczkami. Można śmiało powiedzieć, że właściciele nie cierpieli na brak środków transportu. Co szczególnie ciekawe, ustawienie znacznej większość z nich nie zmieniło się od czasów ich ostatniego użycia. Jedynie konserwatorzy niepokoją ich sen, w który zapadły, kiedy zastąpiono je automobilami.

Wozownia to nie tylko koła, drewniane budy i kozły. Czy się to komuś podoba czy nie, to także liczne trofea, które pojawiły się tam za sprawą ostatniego właściciela rezydencji, kiedy w 1924 roku powrócił z najdroższego safari. Przeraził mnie fakt, że nad nami wiszą sobie nieruchome już głowy hipopotamów, zebr, gnu, hien czy nawet żyrafy. Nie zabrakło też części ciała słonia. Jeśli jeszcze nie zemdlałeś na samą myśl o tym zbiorowym mordzie, zachęcałbym podejść do biura ówczesnego zarządcy Wozowni. W środku, pośród licznych elementów ubioru czy oprzyrządowania pomocnego przy jeździe konno, znajdziesz stołek zrobiony z nogi największego lądowego ssaka czy ten z zebry. Może i wygląda to dostojnie, ale mnie nie przekonało. Poczułem zniesmaczenie i czym prędzej pociągnąłem Agę ku kolejnym powozom.
Niemniej, w kolekcji pojazdów jest blisko 80 powozów i dorożek. I to robi naprawdę duże wrażenie.

Na trasie znalazło się również Muzeum Sztuki Cerkiewnej. Nie przepadam za tego typu wystawami, dlatego nie chciałbym nikomu obrzydzić zwiedzania, ani urazić uczuć. Ograniczę się do tego, że tak szybko jak trafiliśmy spod Wozowni do drzwi sekcji poświęconej ikonom, tak równie szybko stamtąd się oddaliliśmy. Jednak, żeby nie było, postarałem się zapoznać z niektórymi dziełami. Dla zainteresowanych, polecam - szczególnie, że jest co oglądać.

W oczekiwaniu na pociąg, wstąpiliśmy do zamkowej restauracji na coś ciepłego. Zrobiło się późno, noc powoli otaczała Łańcut i byliśmy trochę zmarznięci. Dlatego przyjemnie było zjeść ciepły posiłek. Trochę rozleniwieni poczłapaliśmy w kierunku dworca. Wybraliśmy rzecz jasna tą krótszą drogę i mniej skomplikowaną. Jednak z racji przynależności do turystycznej kasty "Krążowników" i tak wybralibyśmy tę opcję - w końcu co to za przyjemność iść dwa razy tymi samymi ścieżkami.
Niestety podróż pociągiem do Krakowa okazała się dosyć męcząca. Nieznośnie wysoko podkręcona temperatura, przeraźliwie wypełnione wagony i to na dodatek te stare, sprawiły, że to co wykreowaliśmy w głowach w drodze do Łańcuta, teraz było tylko wspomnieniem. Niemal całowaliśmy chodnik, kiedy opuściliśmy pociąg. Szybko uciekliśmy nocy do domu i mogliśmy rozpocząć regenerację przed następną, zaplanowaną nieco wcześniej atrakcją.
Ogólnie, miasteczko Łańcut, jego słynną rezydencję czy tamtejsze kamieniczki warto odwiedzić. Będzie to doskonały sposób na zajęcie sobie jednego dnia, a przy okazji czegoś ciekawego się dowiesz.

Mam nadzieję, że nie zanudziłem cię swoją relacją. Starałem się możliwie jak najciekawiej oddać wydarzenia ubiegłej niedzieli. Jeśli ci się spodobało, zostaw komentarz pod relacją lub na FB czy Twitterze. Nie zapomnij również o jakimś "like'u" - to bardzo mnie motywuje do dalszej pracy.
A jeżeli chciałbyś mieć wpływ na pojawiające się kolejne treści, kliknij w ten link
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)