Gorce. Piękno wokół Turbacza.

Nigdy wcześniej nie dostrzegałem piękna innych gór poza tymi najbardziej popularnymi. Karkonosze, Tatry, czy Bieszczady. To były dla mnie kierunki, w stronę których zwracałem swój wzrok najchętniej. Ostatnio to się zmieniło - zacząłem zwracać uwagę na inne i nie mogę tego nie przyznać, że je również pokochałem. Na liście znajdują się już Pieniny, Beskid Śląski czy Góry Stołowe. Jednak w miniony weekend do wykazu dołączyły Gorce. I o nich będzie dzisiaj mowa.

Dworzec Kraków Płaszów nie ma przede mną i Agą już tylu tajemnic, co przy wcześniejszych wyjazdach. Doszliśmy nawet do wniosku, że w przeciągu ostatnich trzech tygodni ta stacja była początkiem naszych podróży częściej, niż w przeciągu minionych trzech miesięcy Kraków Główny. Nasz pociąg miał wyjechać o 7:54 w kierunku Zakopanego. Nie zdziwiła nas więc ilość podróżnych z dużymi plecakami wyładowanych sprzętem turystycznym. Czekała nas około trzygodzinna jazda do Rabki-Zdrój, skąd mieliśmy rozpocząć wspinaczkę na Turbacz.
Po przyjeździe do tego uzdrowiskowego miasteczka zachwyciliśmy się jego spokojem, graniczącym z lenistwem. W okolicach dworca kolejowego nie kręciło się zbyt wielu ludzi. Bez pośpiechu przytroczyliśmy zbędne rzeczy do plecaka i odbyliśmy sesję ze.... Świętym Mikołajem. W związku z tym, że Rabka-Zdrój zyskała miano Miasta Dzieci Świata postanowiono, że najmłodszym należy się pomnik. A że dzieciaki uwielbiają Mikołaja, w 2004 roku przed zabytkowym dworcem stanął właśnie on. Ma pomagać w odzyskiwaniu zdrowia młodych kuracjuszy i nieść szczęście tak, jak czynił to legendarny święty.

Nim na dobre wyruszyliśmy w kierunku najwyższego szczytu Gorców, zboczyliśmy jeszcze na moment ze szlaku. Zobaczyliśmy w oddali krążących wokół dziwnej budowli ludzi. Okazało się, że była to tężnia solankowa, której cudowne właściwości pomagają w m.in. odzyskiwaniu nadwyrężonych sił. Nie mogliśmy lepiej trafić. W końcu byliśmy lekko zmęczeni zarówno po maratonie filmowym z ubiegłej nocy, jak i jeździe pociągiem. I muszę napisać, że poczułem pewną poprawę po wielokrotnym okrążeniu tężni. Ale ile w tym siły solanki unoszącej się w powietrzu a ile mojej wyobraźni? Niemniej, kiedy poczuliśmy przypływ mocy, ruszyliśmy przez park zdrojowy w kierunku szlaku.
Tutaj warto wspomnieć, że zdecydowaliśmy się na szlak czerwony, który swój początek ma w Ustroniu (w Beskidzie Śląskim) i kończy się w Wołosatym (Bieszczady). Jest to Główny Szlak Beskidzki i warto wybrać się nim na dłuższą wyprawę, szczególnie, jeśli nie chcesz ominąć najważniejszych szczytów, np. Babią Górę, Turbacza czy Tarnicę. Prowadzi bowiem przez Beskid: Śląski, Żywiecki, Sądecki, Niski oraz przez pasma Policy i Gorców do samych Bieszczadów.

Pierwszym szczytem po przekroczeniu granic Rabki-Zdrój była Maciejowa (773 m n.p.m.). Za nią, nieco wyżej znajduje się schronisko PTTK. Malutka przestrzeń w środku i duża grupa turystów sprawiła, że postanowiliśmy zjeść późne śniadanie na wąskim tarasie, z którego - kiedy nie ma mgły - zapewne rozciąga się widok na odległe szczyty Tatr. Najedzeni i napojeni ruszyliśmy dalej, w kierunku kolejnego schroniska, tym razem na Starych Wierchach (966 m n.p.m.) od których - według tabliczki - dzieliło nas pięć kilometrów. Coraz częściej na ścieżce i po obu jej stronach pojawiał się śnieg. Im wyżej się wspinaliśmy, tym było bardziej ślisko.
Po około 1,5 godziny dotarliśmy do skrytego we mgle schroniska. Zaczynało coraz bardziej sypać, a temperatura spadła o kilka kresek, więc postanowiliśmy ogrzać się przed dalszą wędrówką. Tak jak w poprzednim, tak i tutaj ilość amatorów wspinaczki było sporo. Znaleźliśmy jednak miejsce w jakimś przedsionku gdzie spokojnie mogliśmy wypić kilka łyków herbaty.
Tuż za schroniskiem rozpoczynał się Gorczański Park Narodowy. I zaskoczył nas w pierwszych kilku sekundach. Zabrakło nam widoku budek z kasami, które tak chętnie pojawiają się w innych górach. W Gorcach wymyślono inny sposób: odwołano się do nawet najbardziej skrytych pokładów ludzkiej uczciwości i pozwolono turystom samemu zdecydować, czy płacą za wejście do Parku. I co najlepsze, opłatę uiszczało się poprzez wysłanie odpowiedniego SMS-a. Można? Można.


Na odcinku od Starych Wierchów do Turbacza, trasa stawała się coraz bardziej wymagająca. Równocześnie była coraz bardziej malownicza. Gdyby nie wszędobylska mgła, wędrówka przez te wszystkie grzbiety byłaby jeszcze fajniejsza. Niemniej, nawet taki krajobraz dawał nam niemało satysfakcji. Szczególnie, że gruba warstwa śniegu przykrywała okoliczne drzewa i krzaki upiększając tym samym okolicę.
Około 16.00 zaczęło się ściemniać. Ubzdurało się nam, że schronisko pod Turbaczem jest na naszej trasie szybciej, niż sam szczyt. Dlatego postanowiliśmy, że jeśli się już za ciemno, na szczyt wyjdziemy dopiero następnego dnia. Z błędu wyprowadziła nas inna para, z którą mijaliśmy się wielokrotnie na szlaku. Dowiedzieliśmy się, że musimy najpierw wejść na szczyt, a dopiero po kilku minutach schodzenia z niego znajdziemy schronisko. Cóż było robić? Podreptaliśmy za nowo poznanymi wędrowcami. Wspólnie weszliśmy na Turbacz (1310 m n.p.m). Pomogliśmy sobie w sesjach zdjęciowych z dużym kamiennym obeliskiem stojącym na wierzchołku, choć wiedzieliśmy, że nazajutrz wrócimy tam, by uchwycić nieco lepiej widok z kopuły Turbacza. Pozostało nam tylko dotrzeć do miejsca noclegu.

Schronisko pod Turbaczem okazało się ogromnym molochem, który jest w stanie pomieścić ponad setkę turystów. Myślę, że liczba ta powiększa się, kiedy w grę wchodzi tzw. "gleba". W środku panował ogromny ruch. Przy barze ustawiali się zarówno ci, którzy chcieli po wędrówce porządnie się najeść, ale także ci szukający na noc schronienia. Większość z nich musiała pogodzić się z faktem braku miejsc w pokojach i nieuchronnością noclegu wśród innych, na podłodze. Trudno się dziwić. Sami rezerwowaliśmy nocleg kilka dni wcześniej, jako jedni z ostatnich, które załapały się na łóżko.
Zajęliśmy swoje miejsce w pokoju i po zjedzeniu ciepłej kolacji, szybko usnęliśmy. Nie mieliśmy zamiaru zbyt szybko się zbierać następnego dnia. Trasa jaką mieliśmy zejść do Nowego Targu zajmowała około dwóch godzin. Nie było więc sensu pędzenia na złamanie karku.
Rano wstaliśmy wypoczęci, po dwunastogodzinnym śnie. Potrzebowaliśmy takiego resetu. W końcu ostatni raz spaliśmy z środy na czwartek.

Dojedliśmy pozostałą część prowiantu, której nie było sensu znosić na dół. Zostawiliśmy tylko batoniki. Przygotowaliśmy herbatę w termosie i wyruszyliśmy w stronę szczytu. Na zewnątrz panował ziąb, a chmura otoczyła całą górę. Pomimo tego po kilku minutach wykonaliśmy serię zdjęć, po czym rozpoczęliśmy zejście do Nowego Targu. Zdecydowaliśmy się na szlak żółty, ponieważ po drodze chcieliśmy jeszcze zobaczyć kaplicę papieską. Co ciekawe, postawiono ją bez zgody władz w 1979 roku z okazji pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II. Zajęła miejsce poprzedniej, mniejszej kapliczki, którą przeniesiono na skraj Polany Rusnakowej i przerobiono na pomnik symbolizujący walkę o wolną Polskę. Obecna kaplica była zamknięta, ale zainteresowani mają okazję oglądać ją od środka podczas różnych uroczystości.
Z racji nisko lecących chmur, na ścieżce utworzyła się swego rodzaj gołoledź, po której niebezpiecznie było iść. Najlepiej radziły sobie psy Husky, których w kierunku schroniska pod Turbaczem zmierzały całe zastępy. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie ma jakiegoś zjazdu hodowców tej rasy. Najwyraźniej jednak w Nowym Targu i okolicach upodobali sobie te psy. Szczególnie, że na całej trasie nie widzieliśmy zakazu wstępu z psami, więc w zimie Husky ma tutaj swój raj.
Po dwóch godzinach dotarliśmy do osiedla Oleksówki, skąd mieliśmy jeszcze około godziny iść w kierunku dworca PKP. Rzecz jasna odwiedziliśmy nowotarski rynek, gdzie monumentalna rzeźba barana i owcy symbolizuje coraz bardziej wątły dialog międzyludzki. Jeśli się uprzeć być może faktycznie to przedstawia. My widzieliśmy w tym całkiem niezły kawałek rzeźby, który warto uwiecznić na zdjęciu.

O 17.02 na dworcu pojawił się pociąg z Zakopanego do Krakowa. Wsiadając do niego skończyliśmy tym samym naszą weekendową przygodę z Gorcami. Z racji wielu pięknych tras lądują one na liście wartych częstszego odwiedzania gór. Pewnie jeszcze niejeden raz pojawimy się w tych okolicach.

Jeśli podobała ci się ta relacja, koniecznie daj o tym znać w komentarzu lub przy pomocy przycisku "Lubię to!" pod postem na Facebooku. Nie zaszkodzi też odzew w innych mediach: na Twitterze czy Google+. A jeżeli chciałbyś, aby takie relacje z wyjazdów pojawiały się jeszcze częściej, wesprzyj EkstraMisję na Patronite.pl Dzięki twojej pomocy będę mógł pozwolić sobie na większą liczbę wyjazdów, z których pojawią się liczne artykuły opisujące ciekawe miejsca. 
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)