355 metrów pod Zabrzem. Kopalnia Guido.

Zawsze zastanawiałem się jak wygląda praca górnika? Bo niby wiem, że jest to ciężka praca, ale na czym dokładnie polega? Pod koniec zeszłego tygodnia miałem szansę się o tym przekonać, ponieważ wybraliśmy się z Agą do kopalni Guido w Zabrzu.

Odwiedziłem już różne kopalnie. Widziałem jak wydobywało się złoto w Złotym Stoku, sól w Wieliczce i Bochni, uran w Kletnie. Teraz wiem jak przebiega proces pozyskiwania węgla kamiennego. Jednak po raz pierwszy miałem okazję wcielić się w rolę górnika i zasmakować podziemnej pracy. A przynajmniej w minimalnym jej stopniu.
Dzięki pomysłowości pracowników kopalni Guido w Zabrzu powstała niezwykła trasa, pozwalająca na około cztery godziny przenieść się do górniczego świata. W cenie biletu otrzymujemy kompletny strój: spodnie, kurtkę, buty, a nawet flanelową koszulę. Do tego dochodzi kask z latarką, zestaw ratunkowy oraz maseczka przeciwpyłowa i rękawiczki. Po krótkim przeszkoleniu z użytkowania poszczególnych elementów jesteśmy gotowi zjechać wgłąb ziemi.

Wycieczkę rozpoczynamy przy szybie "kolejowym". Kiedy kierujący ruchem wydaje komendę, ładujemy się do ciasnej windy. Aż trudno sobie wyobrazić, że mieści się w niej aż ośmiu dorosłych i dobrze zbudowanych mężczyzn. Nasza grupka ma problem, aby zmieścić się w sześć osób. A trzeba nadmienić, że wśród nas są też kobiety. Rozbrzmiewa kilkukrotne, głośne dzwonienie i zatapiamy się w ciemność. A raczej półmrok, ponieważ każdy ma zapaloną latarkę, którą stara się nie świecić współtowarzyszom podróży po oczach. Po chwili pod naszymi stopami pojawia się światło. To znak, że dojechaliśmy na poziom 320. Dokładnie tyle metrów skał i ziemi dzieli nas od powierzchni. A mamy zejść jeszcze niżej - na 355.
Przewodnik wita nas tradycyjnym "Szczęść Boże!", na co my gromko odpowiadamy. Przechodzimy kilka kroków w bok i stajemy pod wypchaną imitacją Kuca Śląskiego. Według otrzymanych informacji, ostatni osobnik tego gatunku pracował w kopalni jeszcze sześćdziesiąt lat temu. I co ciekawe, w kopalni Guido znajdowała się największa podziemna stajnia. Jednak trzeba również dodać, że konie trafiające do górniczego świata nie miały łatwo. Przygodę rozpoczynały około trzy- czterogodzinną podróżą wgłąb szybu, podczas której były przewieszone przez pasy mocujące. Prędkość z jaką pokonywały drogę z powierzchni warunkowało ich zachowanie. Bowiem kiedy konie zaczynały wierzgać lub ryczeć, akcja była przerywana. Startowała ponownie, kiedy zwierze się uspokoiło. Pod ziemią rozpoczynały kilkudniowy okres kwarantanny, kiedy sprawdzano ich przystosowanie do ciemności i panujących warunków. Jeśli przeszły pozytywnie egzamin, podpinano je do około dziesięciu wagoników, z których każdy z ładunkiem ważył około sześciu ton.  Wiele koni nie przeżywało roku. Jednak Guido szczyci się tym, że w kopalni przyszły na świat dwa źrebaki. Świadczy to podobno o dobrym traktowaniu zwierząt.

Idąc dalej mijamy liczne taśmy i przyrządy, które służyły górnikom do wydobycia węgla. Dzisiaj kopalnia funkcjonuje tylko jako muzeum, choć wiele maszyn górniczych, nim trafi do innych kopalń, jest testowana właśnie w Guido. Po kilkuminutowej wędrówce trafiamy na miejsce pierwszej pracy. Naszym zadaniem będzie rozmontowanie dziesięciometrowej taśmy oraz całej, pozostałej konstrukcji. Bierzemy klucze w dłonie i rozpoczynamy demontaż. Całe szczęście grupa przed nami nie skręciła śrub zbyt mocno i wszystko gładko się odkręca. Później prędko rozstawiamy poszczególne elementy po bokach korytarza i idziemy dalej. Za jakiś czas inni wycieczkowicze będą musieli skręcić wszystko na nowo. Ale nas to nie dotyczy. My dzielnie kroczymy w półmroku ku kolejnym zadaniom.

W międzyczasie przewodnik przedstawia nam pokrótce zasady panujące pod ziemią, opowiada jak górnicy bronią się przed niebezpieczeństwami i co robią, by się zbytnio nie przepracować. Szczególnie przykłada się do przekazania nam licznych anegdotek z czasów, kiedy on był aktywnym górnikiem. W radosnej atmosferze docieramy do kolejnego przystanku. Wcześniej demontowaliśmy taśmę, teraz mamy oczyścić inna. Ustawiamy się wzdłuż niej z tzw. "sercówami" lub "hercówami" w dłoniach i zgarniamy gruz i pył. Mamy zgraną ekipę, więc praca idzie szybko. Po kilku minutach taśma niemal lśni, a my ruszamy przed siebie.
Schodzimy coraz głębiej. Teraz mamy przeprawić się przez stworzony z rur krótki tunel. Ma to być namiastka tego, jak służby ratownicze docierają do poszkodowanych. Ściągamy całe oprzyrządowanie i pchając je przed sobą czołgamy się do przodu. Kilka sekund później idziemy dalej. Oglądamy wykute w kamieniu przejście, które podtrzymywane jest przez liczne przęsła. Niektóre pamiętają zapewne jeszcze osoby, które montowały je kilkadziesiąt lat temu. Choć wiele jest i tak wymienionych na nowe. Szczególnie te, które na wskutek działania wody (bo przez pewien czas liczne tunele były zalane) pordzewiały.

Kilka minut później kucamy w półmroku nad długą, kilkunastometrową rurą. Jest to przewód, którego górnicy używają do transportowania sprężonego powietrza, którym przepychają odłamki skał w różne części kopalni. Naszym zadaniem będzie rozkręcenie ich i przeniesienie w kąt. O ile rozkręcenie nie jest trudne, to podniesienie jednego segmentu już przysparza problemów. Ledwo dajemy sobie radę w dwóch mężczyzn. Mija trochę czasu kiedy znów ruszamy przez tunele.
Przewodnik usadza całą naszą grupę przed telefonem i po rozmowie z dyspozytorem informuje nas, że będziemy mogli usłyszeć próbny alarm. Kiedy czekamy na rozbrzmienie piskliwego dźwięku, dowiadujemy się, że system łączności jest również niezłym kanałem podsłuchowym. Kierujący zmianą może w (prawie) niezauważalny sposób przysłuchać się rozmowom górników lub sprawdzić czy maszyny pracują, tak jak twierdzą pracownicy. W tym momencie rozlega się pisk i już wiemy, jak dowiedzielibyśmy się o jakimś niebezpieczeństwie. Po pokazie schodzimy ostro w dół wśród licznych metalowych bel, podtrzymujących skałę nad nami. Mamy zobaczyć ścianę z którego wydobywano urobek. Jej wielkość robi wrażenie. Jednak nie jest ona tak atrakcyjna w świecie górniczym. Podobno hrabia, który otworzył ową kopalnię, a od którego pochodzi jej nazwa, przeliczył się jeśli chodzi o wielkość złoża. Uważał, że skoro w tunelach innych kopalń znajdujących się wokół wypatrzonego miejsca jest węgiel kamienny, to i u niego znajdzie go dostatecznie dużo. Traf chciał, że niestety hrabia Guido trafił na uskok tektoniczny, który spowodował, że całe złoże znajdowało się ponad 170 metrów niżej niż u sąsiadów. Inwestycja nie zwróciła się, więc trzeba było zamknąć szyby. 

Ostatnim zadaniem było zamontowanie rurociągu wentylacji. Dzięki niemu górnicy mają dostęp do świeżego powietrza nawet głęboko pod ziemią. Rury o półmetrowej średnicy należało połączyć ze sobą. Każdy segment waży tyle, że nie sposób połączyć ich w pojedynkę. Jednak zmęczenie, jakim obdarowała nas ta praca była i tak niczym, w porównaniu z rzeczywistą pracą górników. A my pracowaliśmy około trzy godziny. W większości spacerowaliśmy i dobrze się bawiliśmy. Mężczyźni zjeżdżający codziennie wgłąb ziemi i wydobywający różne minerały muszą napracować się na swoją wypłatę. Wszyscy, którzy spróbowali tej pracy chociażby poprzez taką wycieczkę zapewne nigdy nie powiedzą, że górnik to nierób.
Wśród takich przemyśleń i rozmów wróciliśmy na poziom 320. Tutaj mogliśmy spróbować piwa wytwarzanego tylko i wyłącznie dla tej konkretnej kopalni. Nie można go kupić nigdzie indziej, dlatego nie dziwi też jego cena. Ale fakt, że po "ciężkiej" pracy można było usiąść przy długim stole, wśród innych, równie zmęczonych osób i napić się tego piwa był zapewne nieziemskim przeżyciem. My niestety mogliśmy tylko patrzeć jak chłodny napój znika w ustach pozostałych. Nasz portfel znajdował się kilkaset metrów nad nami, schowany w szafce. Niemniej, przebywanie w najgłębiej położonym w Europie pubie na terenie kopalni węgla kamiennego było przeżyciem samym w sobie. A brak piwa tam, zrekopensowaliśmy sobie na powierzchni.
Obok pubu znajduje się duża sala, w której odbywają się liczne koncerty, imprezy okolicznościowe i bale. Ostatnio organizowano zabawę halloweenową i koncert Krzysztofa Pendereckiego.

Polecam wszystkim będącym w okolicy i samym Zabrzu, aby skusili się na "Szychtę" w kopalni Guido. Jest to wspaniała zabawa, pomimo zmęczenia jakie pojawia się po wycieczce lub nawet w trakcie. Na pewno będzie to niezapomniane przeżycie.

Jeśli podobała ci się ta relacja, koniecznie zostaw komentarz poniżej. Nie obrażę się również za jakiegoś like'a na Facebooku lub Twitterze. Zachęcam również do wspierania mnie na Patronite.pl Dzięki temu takie wyjazdy będą jeszcze częstsze, co równa się większej ilości artykułów na EkstraMisji. 
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)