Wśród złocistych szczytów. Relacja z jesiennego wyjazdu w Bieszczady.

Niby powinno się przemyśleć górskie wojaże, trasy dostosować do panujących warunków pogodowych i nie lecieć na spontan. W końcu góry to nie przelewki. Z Bieszczadami było trochę inaczej.

Chcieliśmy odpocząć od codziennej gonitwy i zanurzyć się w bezkresie nieba, jaki roztacza się ponad wyeksponowanymi, strzelistymi skałami. Najpierw zrodził się pomysł wyjazdu w Tatry. Od jakiegoś czasu planujemy bowiem poświęcić jeden weekend na zdobycie szczytu Ornak, który za każdym razem mijamy bokiem, a wejście na niego odkładamy w czasie, bo zawsze jest coś ciekawszego i bardziej nęcącego. I tym razem tatrzańskie granie musiały poczekać. Pojawiły się one - dzikie i niemal niezbadane. Bieszczady. Stwierdziliśmy, że w Tatry i ich okolice wyjeżdżamy dosyć regularnie. Dlaczego by nie zmienić trochę kierunku? Aga spędzała kiedyś w Górach Sanocko-Turczańskich niemal każde lato i dosyć dobrze zna te okolice, ale dawno w nich nie była. Ja na Tarnicę i inne okoliczne szczyty wszedłem jeden raz, kilka lat temu i od tamtej pory najbardziej na wschód wysunięte góry Polski oglądałem na zdjęciach. Nie ma co ukrywać, że dojechanie do tych najdzikszych rejonów naszego kraju jest trudne i łączy się z wielogodzinną podróżą. To skutecznie zniechęca. Tym razem postanowiliśmy się jednak nie poddawać.

12/13 października, Kraków - Wetlina.

Przymknęliśmy oczy na ponad ośmiogodzinną jazdę kilkoma autobusami. Czekały nas planowane dwie przesiadki. W praktyce wyszły trzy, gdyż na trasie Kraków-Sanok (odjeżdżającymi o 22.50), autobus NEOBUSa w pewnym momencie zjechał na parking, a kierowca poinformował nas, że aby jechać dalej, musimy się przesiąść do mniejszego busa. Do Sanoka dotarliśmy około 2:30. Tam czekała nas przerwa do 5:10, ponieważ o tej mogliśmy kontynuować podróż do Leska. Stamtąd pozostało tylko dostać się do Cisnej, z której chcieliśmy wyruszyć po 7:00 w stronę Okrąglika - jednego z granicznych szczytów Bieszczadów. Wbrew czasami dużych opóźnień w odjazdach, na miejsce dotarliśmy o czasie.


Zastaliśmy wilgotną, mglistą mieścinkę, gdzie wśród budynków wiał nieprzyjemny wiatr. Szybko opatuliliśmy się ciepłymi rzeczami i odszukaliśmy miejsce startu naszej wyprawy przez góry do Wetliny. Początek trasy jest bardzo przyjemny i zaskakujący. Należy przez kilkadziesiąt metrów iść wzdłuż szyn wąskotorowej kolejki, przejść ponad potokiem Solinki i dopiero zejść z nasypu. Było to fajne urozmaicenie, które trochę nas rozbudziło i dodało energii w lekko wyczerpane podróżą ciała. Później kierujemy się w górę i mijamy miejsce katastrofy śmigłowca z 1991 roku. To tutaj, na planie popularnego kilkanaście lat temu programu "997" doszło do rozbicia maszyny, podczas którego zginęło 10 osób. Dziś tragedię tę upamiętnia obelisk z nazwiskami pilotów i policjantów biorących udział w feralnym locie.


Idąc dalej przechodzimy przez Różki (943 m n.p.m), Worwosokę (1024 m n.p.m) i dochodzimy do Małego Jasła (1102 m n.p.m). Gdyby nie oznaczenie i tabliczka, którą zobaczyliśmy na jego szczycie, sądzilibyśmy, że zdobyliśmy go godzinę wcześniej. Przechodziliśmy bowiem przez niemal idealnie pasującą scenerię, której spodziewaliśmy się po przeglądnięciu mapy - była niewielka otwarta przestrzeń, był punkt widokowy. Później okazało się, że pomyliliśmy najprawdopodobniej Małe Jasło z Worwosoką. Traf chciał, że ten drugi wyłysiał i upodobnił się do swojego sąsiada. Trochę zdekoncentrowani ruszyliśmy dalej. Minęliśmy Szczawnik i brnęliśmy naprzód, walcząc z zacinającym od boku wiatrem i deszczem ze śniegiem. Spodziewaliśmy się, że jesienna pogoda będzie starała się popsuć nam wspinaczkę, jednak nie sądziliśmy, że czynnik ludzki w tym złośliwym przedsięwzięciu będzie równie istotny. Okazało się, że to co braliśmy za chwilowy niefart jeśli chodzi o nawierzchnię, mogło być tak naprawdę skutkiem "Biegu Rzeźnika", który odbył się tydzień wcześniej. Szlaki dosłownie ociekały lepkim i śliskim błotem, który skutecznie unieruchamiał nas na kilka sekund albo brudził wszystko, z czym miał styczność. Nasze kroki na tym niepewnym gruncie nazwałem "mud walk", ponieważ przy każdym przesunięciu się w przód, zjeżdżaliśmy pół kroku do tyłu.


Tak walcząc o zdobycie kolejnego check point'a w postaci Jasła (1153 m n.p.m) podążaliśmy ku górze. Ostatecznie jednak dotarliśmy i na ten szczyt. Widoki niestety przesłaniała gęsta chmura. Ma to jednak swoje dobre strony: dłuższy czas na podejściu odzyskaliśmy w krótszym czasie, który przeznaczyliśmy na obfotografowanie się na tle tabliczki i okolicznych krzaczków. Pozostało jeszcze tylko zdobycie Okrąglika (1101 m n.p.m) - naszego stróża granic. Jak się później okazało, to tam mieliśmy spotkać pierwszych w tym dniu innych piechurów.
Po minięciu tabliczki informującej o przekroczeniu granicy, zobaczyliśmy zbliżającą się parę. Szybka wymiana informacji o warunkach panujących do tej pory na naszych trasach i już ich nie ma. Kilka sekund później, zza zakrętu wyłonili się dwaj mężczyźni. Gromko nas powitali, mówiąc, że jesteśmy pierwszymi ludźmi, których zobaczyli od dwóch dni. I to jest właśnie to, co podoba mi się w Bieszczadach. Są dni, kiedy spotkasz piętnaście wycieczek, ale później masz kilka dni odpoczynku i szlak tylko dla siebie. Czy to nie cudowna odmiana po turystycznym ścisku na tatrzańskich ścieżkach?


Sprawdziliśmy ile czasu pozostało do końca wędrówki, wymieniliśmy uprzejmości z wesołymi panami i rozpoczęliśmy - wbrew nachyleniu drogi - zejście ku Smerkowi, przez który mieliśmy przejść do Wetliny. Byliśmy już zmęczeni. Wielogodzinna jazda, walka z błotem, wiatrem i chłodem wyciągnęły z nas energię. Na szczęście znaleźliśmy miejsce, gdzie spokojnie mogliśmy coś zjeść bez obawy o przewianie. W połowie drogi na Fereczatę (1102 m n.p.m) jest niższy, nienazwany szczyt. Turyści regularnie usypują na nim kopiec z kamieni. Tam postanowiliśmy się schronić przed dalszą wędrówką. Kiedy się już posililiśmy, ruszyliśmy na podbój ostatniego w tym dniu szczytu. Fereczatę - można powiedzieć - przebiegliśmy. Pragnęliśmy tylko dostać się do wioski, żeby móc odpocząć.
Od około czternastu godzin byliśmy na nogach i cieszyliśmy się niezmiernie, kiedy po zejściu do Smerka i kupieniu tradycyjnego górskiego dania - spaghetti, udało się nam w ciągu kilku minut złapać również stopa do Wetliny.

Na nocleg wybraliśmy schronisko młodzieżowe, stojące niedaleko większego sklepu sieciowego i wyjścia na szlak ku Przełęczy Orłowicza.

14 października, Wetlina - Wetlina.

Następnego dnia obudziliśmy się po prawie dwunastogodzinnym śnie. Ciała zregenerowały się i wszystko wskazywało na to, że są gotowe do nowego wyzwania, jakie ustaliliśmy kilka dni wcześniej. Chcieliśmy zrobić dziesięciogodzinną pętlę, zdobywając Rabią Skałę, Krzemieniec, obie Rawki i kilka pośrednich szczytów.
Aby dojść do zielonego szlaku, którym chcieliśmy dostać się na Jawornik (1021 m n.p.m), musieliśmy przejść niemal całą Wetlinę. Dzisiaj, będąc bogatszy o to doświadczenie, skłaniałbym się ku żółtemu, który wszak odchodził ku temu szczytowi niemal spod schroniska, w którym spaliśmy. Niemniej, dzięki wybranej trasie mogliśmy oglądać sarny, których kilka sztuk skryło się w zaroślach, tuż przy drodze.


Początek wędrówki ku szczytowi okazał się wymagający. Władze parku umocniły ścieżkę wysokimi - czasami na pół metra - drewnianymi progami. Wejście na nie graniczyło niekiedy z cudem, biorąc pod uwagę wszechobecne, śliskie błoto. Po minięciu tych pozornych ułatwień, dochodzimy do kilku krzyży postawionych na ścieżce, których pochodzenia Internety nie potrafią wyjaśnić. Podejrzewam, że są to pozostałości po odbytych, corocznych Drogach Krzyżowych, które niegdyś kierowały się głównie na Tarnicę (tradycja ta odeszła w zapomnienie, od kiedy władze BPN zauważyły ilość wyrzucanych na tym szczycie krzyżyków - po uroczystości nikomu najwyraźniej niepotrzebnych).
Mijamy to mroczne miejsce i powoli dochodzimy na szczyt Jawornika. Po drodze zauważamy, że coś jest nie tak.
Stwierdzamy, że zaczęło padać. Jednak kiedy spoglądamy na prześwitujące pomiędzy drzewami niebo, widzimy, że nie ma na nim ani jednej chmurki. Idziemy tak dalej, kiedy drogę przecina spora ulewa. Musieliśmy rozwiązać zagadkę tego niezwykłego zjawiska. Po wnikliwej obserwacji nietypowej sytuacji pogodowej, wreszcie znajdujemy odpowiedź na pytanie o pochodzenie deszczu. Otóż, przez noc, nisko wędrujące chmury i towarzysząca im niska temperatura osadziły na liściach i gałęziach drzew grubszą warstwę lodu. Kiedy poranne słońce ogrzało okolicę, las zmienił się w deszczową chmurę. Paradoksalnie, musieliśmy uciekać spod drzew, aby uniknąć przemoknięcia. Była to zabawna sytuacja i całkowicie nienormalna. W końcu niewiele ludzi chowa się przed deszczem na otwartej przestrzeni. Jawornik okazał się naszą mekką, ponieważ niedaleko tabliczki dostrzegliśmy niewielką odkryta przestrzeń, gdzie mogliśmy się osuszyć w słońcu.
Kiedy już byliśmy gotowi zmierzyć się z tym istnym lasem deszczowym, ruszyliśmy dalej żółtym szlakiem w kierunku Rabiej Skały (1199 m n.p.m). Mniej więcej w połowie drogi las się rozstępuje i możemy - dzięki doskonałym warunkom pogodowym i wzniesieniu (1175 m n.p.m) - obserwować nie tylko pobliskie szczyty, ale także te odległe i białe od śniegu zębiska Tatr. Później zostaje nam tylko minąć Paprotną (1199 m n.p.m) i grzbietem podążyć ku Rabiej. Tam, w coraz cieplejszych promieniach słońca, rozkładamy się by zjeść śniadanie. Przed nami piętrzą się liczne słowackie masywy, a także ukraińskie góry, kuszące swą monumentalnością.



Ruszamy dalej i mijamy punkt widokowy umiejscowiony na wysokiej skarpie. Stąd rozciąga się panorama - 175 stopni - na okoliczne i te dalsze szczyty. Dochodzimy kolejno do Czoła (1161 m n.p.m) i Borsuka (991 m n.p.m) to podchodząc wysoko w górę, to schodząc w nieskończoność. Po ponad godzinie wychodzimy na przestronną polanę - Przełęcz pod Czarteżem (906 m n.p.m) - gdzie po prawej stronie dostrzegamy prowizoryczny płot stworzony z gęsto narzuconych gałęzi. Wśród nich widocznie odcina się bryła niewielkiej chatki. Bez okien, bez wszelkich udziwnień, które dzieci dorysowują domom na swych rysunkach. Cztery ściany z niewielkimi drzwiami, dwuspadowy dach i malutki świetlik przy jego zwieńczeniu. Niewątpliwie nowy. W okolicy widzimy jeszcze miejsce na ognisko i parę naprędce skleconych ławek porozrzucanych wśród rzadko obsadzonych drzew. Wchodzimy do środka. Zastajemy puste pomieszczenie, gdzie w rogu wala się karimata w całkiem dobrym stanie. Znajdujemy zapałki, Gorący Kubek i... Popielicę. Umościła się w pozostawionej gąbce i porządnie zredukowała w niej ilość materiału szorującego potencjalne naczynie. Stwierdziliśmy, że jeśli ktoś chce odciąć się od świata na kilka dni, to jest to chyba jedno z najlepszych miejsc.


Odpoczęliśmy trochę, ogrzaliśmy się wśród pustych ścian i rozpoczęliśmy wędrówkę na Czarteż (1072 m n.p.m.). Wędrówka była spokojna. Las był przejrzysty, ponieważ okolica obfitowała w buki, skąd jej nazwa - Puszcza Bukowa. Po kilkunastu minutach wdrapaliśmy się na szczyt. Obowiązkowa sesja z tabliczką i już jesteśmy z powrotem na trasie. W czasie podejścia na następny szczyt, po prawej stronie pojawia się mogiła P.A. Gładysza. Zastanawiało nas, kim był ów żołnierz Armii Czerwonej. Okazało się, że Słowacy, którzy opiekują się grobem zrobili błąd w nazwisku i stąd brak informacji w przewodnikach. Dopiero na jednym z forów o tematyce bieszczadzkiej znalazłem krótką notkę biograficzną. P. A. Gładysz, to tak naprawdę Piotr Andriejewicz Gładyszew, który posiadał spore portfolio osiągnięć, mimo krótkiej służby dla armii. Jeśli kogoś interesuje ta persona, odsyłam do forum (link).
Zostawiamy mogiłę za sobą i wchodzimy na Hrubki (1186 m n.p.m.). Nazwa szczytu nastroiła nasze myśli i skierowała je na obiadowe tory. Postanowiliśmy na Krzemieńcu zrobić przerwę. Droga do trójstyku granic ciągnęła się dosyć sporo. Wiadomo, kiedy człowiek zaczyna rozmyślać o jedzeniu, wszystko inne zwalnia. Całe szczęście droga prowadziła mało wymagającym grzbietem, które tylko sporadycznie wymagało od nas włożenia większej ilości energii w podejście. Pogrążeni w marzeniach o kanapkach, weszliśmy na Kamienną (1201 m n.p.m.). Stąd mieliśmy cudowny widok na Połoniny oraz słowackie i ukraińskie szczyty. Gdyby nie naglący głód, z pewnością zostalibyśmy tam dłużej.


Niespodziewanie, za kolejnym już zbiorowiskiem drzew, wyłonił się obelisk symbolizujący miejsce styku trzech granic. Lepszego miejsca na zorganizowanie pikniku nie mogliśmy sobie znaleźć. Posileni i z większą ilością energii w zapasie ruszyliśmy ku naszym ostatnim trzem głównym szczytom, które planowaliśmy w tym dniu zdobyć. Najpierw wkroczyliśmy na Krzemieniec (1221 m n.p.m.). Stąd spojrzeliśmy na wyłaniającą się ponad drzewami Wielką Rawkę (1302 m n.p.m.). Mijając kolejne słupy graniczne kroczyliśmy ku górze, pokonując metr za metrem. Nasza droga w końcu oderwała się od biało-czerwonych filarów i skręciła w lewo, ku szczytowi. Pozostało tylko pokonać kolejną falę bota, której w tym dniu mieliśmy już pod dostatkiem. Łapiąc równowagę na grząskiej drodze, chwyciliśmy słup z kierunkowskazami. Weszliśmy. Odtworzyliśmy zdjęcia, które zrobiliśmy kilka lat wcześniej, chcąc sprawdzić jak bardzo się zmieniliśmy.
Po sesji spojrzeliśmy na dalszą drogę. Była totalnie zalana przez stopiony śnieg, który mimo wszystko jeszcze zalegał dosyć grubą warstwą po obu jej stronach. Z niepokojem spojrzeliśmy w kierunku słońca. Nie było dobrze - według wysokości, pozostało niewiele ponad godzinę do jego zajścia pod linię horyzontu. A pokonanie trasy zajmie nam co najmniej dwie. Stwierdziliśmy, że zrewidujemy nasze plany po wejściu na Małą Rawkę (1272 m n.p.m.), gdzie szlaki rozwidlają się. Jeden wiedzie ku Przełęczy Wyżniańskiej, drugi - nasz - do Wetliny.


Na miejscu okazało się, że ilość błota oraz coraz niżej chylące się słońce nie pozwolą nam na planowane zakończenie wędrówki. Schodzimy.
Podobnie jak pokonana już ścieżka, tak i ta nie była dla nas łaskawa. Sprawę utrudniał dodatkowo fakt, że była ona bardzo stroma. Trzeba było walczyć nie tylko z samym błotem, ale również skupiać się na każdym kroku by się nie przejechać i nie poobijać. Pojedynek w tej nierównej bitwie wygraliśmy i zmęczeni dotarliśmy do gęstego lasu, a później - po wędrówce w zapadającym mroku - do bacówki PTTK Pod Małą Rawką na jego skraju. Poskładaliśmy kijki, wyciągnęliśmy latarki i szybkim krokiem ruszyliśmy ku asfaltowej drodze. Robiło się coraz ciemniej i prawdopodobieństwo, że ktoś nas w nocy zabierze stawało się z każdą minutą mniejsze. Na Przełęczy, gdzie zlokalizowany jest parking nie było nikogo, kto mógłby nas ze sobą zabrać. Zaczęliśmy więc iść w kierunku Wetliny pieszo, próbując zatrzymać całkiem sporą ilość samochodów, która nas mijała. Wiara w autostopową magię, którą podbudowaliśmy dzień wcześniej, ulatywała, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że teraz możemy nie mieć tyle szczęścia. Przeszliśmy może kilometr, mozolnie krocząc przed siebie. Kiedy już mieliśmy się poddać i iść do Wetliny bez zatrzymywania kogokolwiek, wyciągnęliśmy kciuki. Samochód minął nas, a my sądziliśmy, że oto kolejna szansa nam umknęła. Ale wtedy światła stopu mignęły w pojeździe i zobaczyliśmy jak ktoś włącza awaryjne. Ha, ratunek! Od strony pasażera wyskoczyła dziewczyna, szczerząc się do nas z daleka. Spytała, czy chcemy jechać do Wetliny. Pytanie - oczywiście, że tak! Wpakowaliśmy się do środka. Okazało się, że dziewczyna jechała ze swoim chłopakiem i postanowili zatrzymać się na pierwszą osobę, którą zobaczą na drodze z wyciągniętym kciukiem. Powiedzieli, że dzień wcześniej oni byli w tej samej sytuacji i długo czekali na transport. Teraz jechali do Wetliny na koncert jazzowy, więc super się wszystko złożyło. Czasami warto wyciągnąć kciuk "po raz ostatni".

14 października, Wetlina - Ustrzyki Górne.

W nocy przybyło kilka osób do naszego pokoju w którym spaliśmy i jedna z nich dawała niezły koncert. Nawet stopery nie dawały sobie zbytnio rady. Niemniej, poranny budzik zmusił nas - po chwili marudzenia - do wstania. Nie śpieszyliśmy się z wyjściem na szlak. Trasa była krótsza od poprzednich i potrzebowaliśmy mniej czasu na jej przejście. Dodatkowo zacząłem się zastanawiać, czy dam radę przejść całość. Nad ranem pojawił się ból kolana, który nasilał się przy każdym następnym kroku. Bałem się trochę wychodzić na szlak. Jednak wiedziałem, że wiele razy podobny uczucie ucisku ustępowało. Czasami było to po prostu małe zastanie się stawów, które w ciągu dnia mijało. Lecz kiedy już wyszliśmy ze schroniska i po zakupieniu prowiantu na drogę zaczęliśmy się wspinać żółtym szlakiem na Przełęcz Orłowicza, kolano raz po raz dawało o sobie znać. Uzgodniliśmy, że jeśli ból nie ustąpi do schroniska na Połoninie Wetlińskiej, zejdziemy do Brzegów Górnych i pojedziemy od razu do Ustrzyk, aby nie ryzykować większego urazu.


Trasa pod szczytem Smerka (1222 m n.p.m.) była cudowna. Początkowo widokowa ścieżka przez polany, skąd rozciągał się widok na okoliczne szczyty, zmienił się wkrótce na podejście przez las. Wbrew błotu, które zalegało na drodze, szło się nam naprawdę szybko. Wycieczka, którą wyprzedziliśmy w okolicy Piotrowej Polany, pozostawała przeważnie w tej samej odległości od nas. Tylko nieliczni z tej grupy wybili się ku nam. Po jakimś czasie wyrównaliśmy się z nimi i odtąd pod samą Przełęcz szliśmy wspólnie. Były to przeważnie starsze osoby, które wbrew pozorom nie dawały po sobie poznać zmęczenia dosyć dużym tempem jaki sobie narzucili. Stwierdziliśmy, że nie będziemy się przeciskać i dostosujemy się do nich. Było to dobra lekcja, ponieważ idąc ich tempem praktycznie ani razu się nie zatrzymywaliśmy, aby odpocząć jak to ma miejsce podczas naszego marszu, kiedy lubimy często gonić. Zwykle po chwili musimy przystanąć na kilka chwil, napić się i odsapnąć. Wśród tych ludzi nastroiliśmy się poniekąd do żwawej wspinaczki, ale bez zbędnych pędów. Dzięki temu Orłowicza zrobiliśmy odrobinę szybciej, niż przypuszczaliśmy. Długo jednak nie zabawiliśmy w tym towarzystwie. Na grzbiecie mocno wiało i postanowiliśmy ruszyć przed resztą, która pałaszowała batoniki i ciasteczka, czekając na wolniejszych maruderów.


Odcinek pomiędzy Smerkiem a Połoniną Wetlińską był stosunkowo łatwy. Tylko niekiedy pojawiały się drzewa, wśród których napotykaliśmy śliską nawierzchnię. Te chwilowe zalesienie góry miało swoje plusy - wysokie rośliny skutecznie chroniły nas przed nasilającym się wiatrem. Niedaleko Hnatowego Berda (1187 m n.p.m.) zaczął padać przelotny deszcz. Wyszliśmy na szczyt Połoniny, a toczący się po południowym stoku wiatr zrywał nam kaptury z głów. Nie odpuszczaliśmy. Dopiero na Osadzkim Wierchu (1253 m n.p.m.) skryliśmy się przed niewidzialnym i mroźnym prześladowcą. Z Wierchu zeszliśmy po śliskich od ostałego się jeszcze śniegu stopniach prowizorycznych schodów. Tutaj noga zaczęła mi dokuczać i już wiedziałem, że nie dam rady zbyt często tak schodzić po niepewnym gruncie. Idąc dalej tylko upewniałem się w przekonaniu, że albo odpocznę albo zagryzę innych. Pomyślałem, że w schronisku Chatka Puchatka zrobimy sobie dłuższą przerwę i jeśli ból ustąpi, podejdziemy jeszcze na Połoninę Caryńską.


Słyszeliśmy, że schronisko jest niewielkie i zbyt dużej ilości piechurów nie przyjmuje na raz. Byliśmy zszokowani, kiedy zbliżaliśmy się do końca Wetlińskiej i spostrzegliśmy tłumy turystów, którzy całymi chmarami wchodzili dwiema drogami z Przełęczy Wyżnej i od Górnej Wetlinki. Nie wzięliśmy pod uwagę, że do Chatki można dojść nie tylko naszą trasą.
Po wejściu do środka przekonaliśmy się, że opinie innych zbyt mocno się nie różnią od rzeczywistości. Puchatek to mała sala, której centrum stanowi wąska witryna, zza której raz po raz wychyla się głowa kogoś z obsługi. Jest tam wąsko. Zamawiając herbatę lub posiłek, musimy być ostrożni, by nie stracić zawartości naczynia podczas spotkania z czyimś łokciem czy plecakiem. Myśląc o tym miejscu teraz, kojarzy mi się ono z autobusem lub tramwajem w godzinach szczytu. Biorąc pod uwagę ilość odwiedzonych innych schronisk, wejście do Chatki Puchatka jest niezwykłą przygodą. I nietypową. Nie obraziłbym się, jeśli na szlakach powstawałyby właśnie tego typu schronienia, bez dostępu do wody i prądu. Przynoszą one zupełnie inne wrażenia, niż pozostałe takie miejsca. Z drugiej strony są one nie lada atrakcją dla "niedzielnych" turystów, choć mimo wszechobecnych informacji o specyfice schroniska, wielu jeszcze dziwi się, że nie mogą dostać niektórych produktów tak popularnych gdzieś indziej.
Kiedy więc znaleźliśmy się w środku, czym prędzej wcisnęliśmy się w jedną z nielicznych luk na długiej ławie, ustawionej przy ścianie. Zamówiliśmy herbatę i rozpoczęliśmy naszą ulubioną górską zabawę - oglądanie mody, którą często zupełnie nieprzygotowani turyści przynoszą ze sobą z dołu. Rozgrzani ciepłym płynem z małym dodatkiem wiśnióweczki, która w plecaku czekała na taką właśnie okazję, rozważaliśmy wyjście z powrotem na trasę. Skończyliśmy więc jeść kanapki, spakowaliśmy i opuściliśmy ten niezwykły budynek.


Po wykonaniu zestawu obowiązkowych zdjęć, sprawdziliśmy mapę i nasze dalsze możliwości podróży. Noga - pomimo prawie godzinnej przerwy - nie przestała mi dokuczać, więc wybór był oczywisty: schodzimy na dół. Zdecydowaliśmy, że znacznie lepiej - ze względu na łapanie ewentualnego stopa - będzie nam zejść bezpośrednio do Brzegów Górnych. Minęlibyśmy w ten sposób liczne serpentyny, które majaczyły w dole. Na takich odcinkach baliśmy się zatrzymywać samochody. Pomimo dłuższego czasu przejścia, wybraliśmy w dalszym ciągu szlak czerwony, którym doszlibyśmy do drugiej Połoniny. W dole znajdował się parking, z którego można było coś złapać.


Zejście wbrew trudnościom pod względem terenowym, było szybkie. Prędko uporaliśmy się z nachyleniem połączonym ze śliskim błotem i po pewnym czasie dotarliśmy do mniej wymagających stoków, a później do drogi. W kilka chwil po wkroczeniu na asfalt, zatrzymaliśmy samochód. Pomimo ewidentnej nadziei kierowcy, że może jednak nie skorzystamy z jego usług - w końcu jechał "tylko do Ustrzyk Górnych" - wpakowaliśmy się do środka. W końcu, skoro już się zatrzymał, musiał liczyć się z niepowodzeniem. Dowiedzieliśmy się, że wraz z towarzyszką podróży, mężczyzna planował wejście na Wielką Rawkę. Jednak kiedy dowiedział się, że z miejsca z którego chcieli wejść na szczyt musieliby iść około dwóch godzin, zmienił zdanie. Dzięki temu zyskaliśmy transport do samego centrum Ustrzyk.
Tam, po szybkim zasięgnięciu porady od Google Maps co do właściwego kierunku, obraliśmy kurs na tamtejszy Dom Rekolekcyjny. Dobrze się stało, że skończyliśmy wędrówkę w tym dniu szybciej. Nasze ciała domagały się odrobiny więcej wytchnienia. Zdrzemnęliśmy się, a po przebudzeniu stwierdziliśmy, że warto byłoby skorzystać z asortymentu niedaleko działającego sklepu. W końcu nic tak nie regeneruje, jak ciepły posiłek. Okazało się jednak, że sklep zamknął swoje podwoje zaledwie kilkanaście minut wcześniej. Byliśmy zmuszeni skorzystać z jednego z miejscowych punktów gastronomicznych. Wybraliśmy schronisko i jadalnię PTTK "Kremenaros". Najwyraźniej mieliśmy tam trafić, ponieważ zostaliśmy nakarmieni jednym z najsmaczniejszych potraw jakie ostatnio jedliśmy. Być może to zmęczenie i zupełna obojętność kubków smakowych, a może faktyczne fach w ręku gotujących. Nie jest to ważne. Liczy się to, że do "Kremenaros" będziemy zaglądać przy okazji kolejnych przyjazdów.
Najedzeni i nastrojeni na słodki sen, ruszyliśmy w kierunku naszego noclegu.

15/16 października, Ustrzyki Górne - Kraków.

Ranek przywitał nas deszczowo. Wiedzieliśmy, że dzisiaj raczej już nie wyjdziemy na szlak. Planowaliśmy zdobycie Tarnicy i ewentualnie pobliskich szczytów. Jednak panujące warunki skutecznie nas zniechęciły. Z racji tego, że czas nas nie naglił, skorzystaliśmy w pełni z przysługujących nam godzin, które mogliśmy spędzić w pokoju. Doba hotelowa kończyła się o 10:00, więc chwilę dopiero po 9:00 zaczęliśmy się pakować. Kiedy byliśmy gotowi do wyjścia, innych mieszkańców zbiorowego pokoju już nie było. Po oddaniu klucza, wykorzystaliśmy jeszcze czajnik w kuchni. Kiedy zjedliśmy skromne śniadanie, postanowiliśmy poszukać schronienia w "Kremenarosie". O tej porze sala jadalna była totalnie pusta. Skierowaliśmy się więc do upatrzonej poprzedniego wieczoru sofy. Zgarnęliśmy kilka egzemplarzy magazynów NPM i pogrążyliśmy się w błogim lenistwie. Od lektury wyrywaliśmy się na moment, kiedy robiliśmy się głodni i dochodziliśmy do wniosku, że możemy już zamówić kolejne danie obiadowe. W ten sposób spędziliśmy kilka godzin, do chwili, kiedy zbliżył się czas na odjazd naszego autobusu do Sanoka (o 17:50).
Ruszyliśmy, w obawie, że chętnych na wyjazd z Ustrzyk będzie wielu i nie załapiemy się na wolne miejsce. W schronisku co jakiś czas ktoś wspominał w rozmowie z innymi, że czeka na ten autobus. Nasze obawy okazały się bezpodstawne, ponieważ kiedy dotarliśmy na przystanek, oprócz nas czekało tylko dwóch wędrowców. A autobus był dostatecznie duży, by pomieścić jeszcze co najmniej pięć podobnych nam grup. Pojazd zapełniał się jednak wraz z pokonywaną odległością.
Po przyjeździe do Sanoka musieliśmy poczekać około godziny. Wybraliśmy - mimo doborowego towarzystwa trójki podchmielonych mieszkańców - poczekalnię PKS. Poprzednim razem, kiedy jechaliśmy w przeciwnym kierunku, była zamknięta na cztery spusty. Nie mogliśmy teraz przegapić więc szansy skorzystania z tego udogodnienia.
Z Sanoka wyjechaliśmy o czasie i również punktualnie byliśmy w Rzeszowie. Na nasze nieszczęście, ponieważ nawet nasze przejście z jednego dworca do - oddalonego o kilka ulic - drugiego miejsca startów autobusów, musieliśmy dosyć długo czekać na odjazd Polskiego Busa, który miał nas zabrać do Krakowa. Chwilowa radość z otwartej jeszcze tamtejszej poczekalni umknęła, kiedy ochrona poinformowała nas po kilku minutach o konieczności naszego opuszczenia jej w celu zamknięcia budynku na noc. Zirytowani, ruszyliśmy na spacer wzdłuż galerii handlowej, ponieważ tylko tam nieprzyjemny wiatr tak bardzo nam nie dokuczał. Szczęśliwie, kiedy postanowiliśmy sprawdzić, czy autobus już na nas nie czeka, okazało się że ten podjechał po kilku minutach. Mogliśmy zająć miejsce w ciepłym pojeździe. Teraz mogliśmy się już wyluzować, ponieważ nie było już konieczności kolejnego przesiadania się.

Wyjazd był spontaniczny, choć nie zabrakło odrobiny wcześniejszego planowania. Wyjazd w Bieszczady nie jest tak łatwy, więc nie można zbyt wiele oczekiwać, jeśli chce się działać z minuty na minutę. Dopiero przyjazd na miejsce to czas, kiedy możemy sobie pozwolić na szaleństwo. My jesteśmy w stu procentach zadowoleni z wyjazdu. Mimo nie zdobycia kilku szczytów, ta krótka podróż dostarczyła do naszych organizmów dużo energii. Pozwoliła się zresetować i na chwilę zapomnieć o bolączkach codzienności. Namawiam wszystkich, by organizowali podobne wyjazdy, nawet w pobliżu swoich miast.

Zachęcam wszystkich czytelników, aby opisywali swoje doświadczenia z Bieszczadami. Gdzie chodzicie, kiedy byliście tam ostatnio i czy podobnie jak ja, macie wrażenie, że te góry to zupełnie inna kraina, tak niepodobna do reszty Polski? Komentujcie, lajkujcie, piszcie.
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)