Nadmorskie opowieści - rowerem po polskim wybrzeżu. Część 3 - Izbica - Hel.

Ponad 700 km jazdy po wybrzeżu. Dziesiątki godzin przesiedzianych na rowerze. Jeden cel: przejechać na dwóch kółkach spod niemieckiej granicy do rosyjskiej i przy okazji dobrze się bawić. Prezentuję trzecią część relacji z tej wyprawy.

Na odcinku Izbica - Hel zaczynaliśmy coraz częściej myśleć o dłuższych odpoczynkach. Jednak mimo kilkudniowych regeneracji w poszczególnych miejscowościach, jechaliśmy dalej. Dumni, że udało się nam bez większych usterek przejechać przez większość wybrzeża kręciliśmy na wschód, gdzie czekała na nas Mierzeja Helska. I co jeszcze? Przeczytajcie sami!

27 lipca, Izbica - Łeba.

Rano postanowiliśmy, że Łeba stanie się naszym pit stopem na kilka dni. Nie byliśmy jeszcze psychicznie gotowi do jechania dalej po załamaniu z poprzedniego dnia. Stwierdziliśmy, że żadne terminy nas nie gonią i możemy pozwolić sobie na kilka dni odpoczynku.
Wiedzieliśmy, że do przejechania jest niewiele ponad 15 km, dlatego niespecjalnie śpieszyliśmy się z wyjazdem. Aga drzemała w cieniu, opatulona śpiworem, ja z kolei postanowiłem ogarnąć sakwy. Po ponad dziesięciu dniach zaczęły przypominać mój własny pokój w rodzinnym mieszkaniu, gdzie jedynym wytłumaczeniem na panujący w nim nieład jest "ułożenie zgodne z feng shui". W między czasie dzięki głowie rodziny kamperowców częściowo dokręciłem ster w rowerze, który po przebojach w SPN mocno upominał się o dokręcenie. Wymieniliśmy się informacjami o nowinkach technicznych, dowiedzieliśmy się, że aby aktywować internet Areo potrzeba... internetu i po jakimś czasie rozjechaliśmy się w swoich kierunkach.


Łeba przywitała nas gwarem i tłumami beztroskich turystów. Znaleźliśmy kilka pól namiotowych, ale nim się rozbiliśmy postanowiliśmy zjeść pierwszy porządniejszy od kilku dni obiad. Ilość endorfin wzrosła i spokojnie mogliśmy pomyśleć o kwaterze na zapowiadany odpoczynek. Wróciliśmy się do wjazdu do Łeby, gdzie po prawej stronie znajduje się camping "Marco Polo". Mając w pamięci samowolkę ludzi w Dźwirzynie, postanowiliśmy tym razem również nie przejmować się zbytnio wygodą innych, lecz własną. Namiot stanął w miejscu, gdzie z całą pewnością sąsiedzi parkowali swój samochód, a worek z najpewniej ich śmieciami przenieśliśmy bliżej jego właścicieli. Daliśmy tym samym upust naszej irytacji w stosunku do niechlujstwa i buractwa innych. Jednak nadal dziwny zapach nie dawał nam spokoju. Cały czas sądziliśmy, że to pozostawione śmieci wydzielają swój charakterystyczny zapach. Przypadek doprowadził do odkrycia za płotem parkingu dla ciężarówek MPO z załadowanymi jeszcze górami śmieci. Zastanawialiśmy się jak dużo minie czasu, aż zapach doprowadzi nas do pasji. Ale podobnie jak to zapewne bywa z osobami wyprowadzającymi się na wioski, tak i tutaj po pewnym czasie przestaliśmy zwracać uwagę na nieprzyjemne aromaty unoszące się po okolicy. Liczył się dla nas tylko chillout i zregenerowanie nadwyrężonych ciał.

28 lipca, Łeba.

Wjeżdżając dzień wcześniej do miasta minęliśmy dosyć duży kompleks w którym mieścił się rzekomo największy w Europie labirynt zbudowany z żywopłotu. Niedaleko niego rozciągał się również niewielki ogród doświadczeń. Znaleźliśmy więc pomysł na aktywne spędzenie czasu. Labirynt rzeczywiście okazał się być duży, ale z całą pewnością był znacznie łatwiejszy do przejścia niż się spodziewaliśmy. Być może dużą rolę odegrała widocznie udeptana ścieżka, a może to nasza wrodzona inteligencja sprawiła, że idąc po raz drugi - już bez mapki - przeszliśmy go niemal tak szybko jak poprzednio. Niemniej, sam labirynt jest bardzo fajnym pomysłem, a dodatkowe zagadki związane z czwartą częścią przygód Harrego Pottera urozmaicają całą rozgrywkę. Po wyjściu z tej żywej łamigłówki można zagrać w boule czy od razu skierować się na ogród doświadczeń. Przyjemna alternatywa, dla ludzi, którzy rzeczywiście wolą aktywne urlopowanie, zamiast wylegiwanie na plaży.
Po całym dniu udaliśmy się w kierunku Alei Prezydentów. Zabawne, że każda nadmorska mieścina musi mieć jakąś swoją aleję: sportowców, gwiazd kina, komików... Ale gdyby nie właśnie ta turystyczna atrakcja z pewnością nie trafilibyśmy na koncert The Trip Band - chłopaków, którzy za kilka dni mieli grać w pobliskim porcie, a tymczasem dorabiali sobie na zabawianiu turystów. Wokalista z ciekawym głosem, jego kumpel-gitarzysta z wyraźnym ADHD i monotematyczną lecz nie dającą spokoju mimiką twarzy, a także perkusista ze swoim cajónem i dzwoneczkami. Całe to trio odwaliło kawał dobrej muzyki i zgromadziło wielu koneserów ulicznego grania. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieć okazję być w Łebie i traficie na ich koncert, przysiądźcie się i pośpiewajcie wspólnie z zespołem. To naprawdę rewelacyjny sposób na poczucie się jak w innym wymiarze.

29 lipca, Łeba.

Szukając kolejnych wrażeń trafiliśmy ostatecznie znów na rozsławioną aleję, ale tym razem przeszliśmy kawałek dalej. Naszym celem stało się Iluzeum, czyli muzeum, ale związane tylko i wyłącznie z iluzją optyczną, itp. Warto wejść do niego, jeśli lubicie doświadczenia i chcecie dowiedzieć się czegoś ciekawego i nieoczywistego.


Po wyjściu zrobiliśmy sobie jeszcze małą wycieczkę do portu. Dzięki licznym knajpkom życie tutaj tętni nie tylko o świcie, kiedy rybacy przypływają ze swoimi zdobyczami. Wieczorem równie ciężko jest przebrnąć przez tłumy imprezowiczów. Ale kiedy się już wytrwa tą nierówną batalię, dotrzeć można na koniec falochronu, skąd widok na zachodzące słońce jest przepiękny. Tam wysuszamy butelkę regionalnego piwka i udajemy się powoli w kierunku pola.

30 lipca, Łeba.

Zaczęliśmy zastanawiać się czy aby nie nazbyt długo osiedliśmy w Łebie. Rozważyliśmy nawet wyjazd, ale nie chcieliśmy odjeżdżać z niej nie zobaczywszy największej atrakcji w rejonie - Wydmy Łąckiej. Nie wiadomo kiedy następnym razem będziemy w okolicy, a dotarcie do niej nie sprawia przecież zbyt wielu problemów, w szczególności przy braku sakw na rowerze. Od kilku dni jednak regularnie doświadczaliśmy zmienności pogody. Rano trochę padało, po południu się rozpogadzało. Poza tym ogarnął nas mocniejszy leń i trudno było się zebrać by wsiąść na rower i przejechać te kilka kilometrów. W końcu zebraliśmy się i po jakimś czasie byliśmy już niedaleko wydmy. Droga była w miarę przyjemna - nie licząc dużej ilości dziur w nawierzchni. Niemniej szybko dotarliśmy na miejsce.


Muszę przyznać, że w życiu nie widziałem takiej ilości piasku. Niby wiem co to jest wydma, ba - wiem nawet co to pustynia i czym jest Sahara? Oczywiście nigdy nie miałem okazji zobaczyć jej na żywo. Chociaż to może i lepiej? Niewątpliwie przytłoczyłby mnie widok wszechobecnej sypkiej materii, tak jak to miało miejsce w tym momencie. W jednej chwili poczułem się jak na obcej planecie, albo przynajmniej w innym, bardziej dzikim miejscu. Wyczytaliśmy, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu w tym miejscu stała wioska. Przez lata była zasypywana, aby ostatecznie ukryć się pod piaskiem. Zaczęliśmy się zastanawiać co będzie, kiedy za jakiś czas wydma zbliży się do Łeby? Co wtedy zrobią władze tego miasteczka? Czy będą blokować ją by uniknąć losu, który spotkał pobliską wioskę, czy dadzą działać naturze? Wydaje mi się, że w takim momencie zwycięży ludzka natura tak usilnie starająca się przeciwstawić zjawiskom zachodzącym na Ziemi. O wynikach dowiemy się oczywiście w przeciągu kilkudziesięciu lat. Póki co Wydma Łącka jest atrakcją, którą warto zwiedzić, a nie zagrożeniem czyhającym w lesie.

31 lipca, Łeba - Jastrzębia Góra.

Odpoczęliśmy dostatecznie długo, by móc wyruszyć w dalszą drogę. Chcieliśmy dojechać tego dnia już w okolice Mierzei Helskiej. Pamiętając jednak tłumy oraz zawyżone ceny jakie w tej okolicy dominują, stwierdziliśmy, że nie ma sensu pchać się do samego Władysławowa czy dalej, w kierunku Helu. Z racji tego, że w Jastrzębiej Górze byliśmy dwa lata temu, woleliśmy zatrzymać się w miejscowości bliżej - Karwi. Zanim jednak do niej mieliśmy dotrzeć, musieliśmy wspiąć się na latarnię Stilo. A droga do niej wiodła przez Rezerwat Mierzei Sarbskiej.


Mimo kilkudniowego odpoczynku szybko wróciły myśli o drodze przez Słowiński Park Narodowy, która nas tak mocno wymęczyła. Słynne wydmy w okolicach Łeby stały przed nami otworem. W związku z opadami, jakie ta okolica doświadczała przez minione dni, droga była na przemian grząska od błota i od głębokiego piasku. Trochę trwało zanim przejechaliśmy przez całą drogę do Osetnika. Kiedy stanęliśmy na szczycie latarni, zobaczyliśmy jakie połacie lasu zostawiliśmy za sobą, a jakie było jeszcze przed nami. Na jej widok przypomniał mi się obraz Mrocznej Puszczy Tolkiena.
Chcąc wyjechać z tej niewielkiej wioseczki trochę się pogubiliśmy. Przeczytaliśmy bowiem, że aby ułatwić sobie przejechanie odcinka spod latarni do Dębek, lepiej wybrać leśną drogę pożarową nr 6. Po kilku rundach w te i z powrotem, wreszcie wjechaliśmy na szeroką i równą jak na las drogę. W miarę szybko minęliśmy bokiem Lubiatowo, Białogórę i dotarliśmy do Dębek. Tutaj zarządziliśmy dłuższy odpoczynek, po czym udaliśmy się dalej. Z zaskoczeniem spostrzegliśmy, że zbliżamy się coraz szybciej do Karwi. Dlatego trochę zwolniliśmy, gdyż pora była dosyć wczesna.
Po wjechaniu do tego popularnego i owianego złą sławą - za sprawą jednego dzika - miasteczka, rozpoczęliśmy poszukiwania odpowiedniego campingu. Niestety, zgodnie z oczekiwaniami, ceny wraz ze zbliżaniem się do Trójmiasta podnosiły się z każdym kilometrem. Za niezbyt przygotowane pole musielibyśmy zapłacić pół raza więcej niż na naprawdę porządnym campingu na zachodnim wybrzeżu.


Zdecydowaliśmy, że sprawdzimy, czy pole na którym byliśmy dwa lata temu w Jastrzębiej Górze jeszcze funkcjonuje? Pamiętaliśmy, że właściciel planował budowę domu na tej działce. Nie mogliśmy pozbyć się zdziwienia, kiedy zobaczyliśmy ten domek. Oto przed nami stał duży apartamentowiec z kilkunastoma mieszkaniami. Ot, niewielki domek pana właściciela:)
Minęliśmy molocha i w niedalekiej odległości znaleźliśmy niewielkie pole. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to aby nie tego samego właściciela jest owa kwatera. Ale nie chcąc szukać dalej, zostaliśmy tam na noc.

1 sierpnia, Jastrzębia Góra - Hel.

Tego dnia czekało nas zakończenie jednego z etapów naszej wyprawy. Z racji tego, że trudno mi nazwać Zatokę Gdańską w dalszym ciągu Bałtykiem, często śmiałem się, że dojeżdżając do Helu zaliczymy całe wybrzeże morskie. Kierując się z kolei na Trójmiasto rozpoczniemy odcinek wybrzeża zatokowego. Taka mała gra słów.


Mieliśmy za sobą już 500 km, więc duma z osiągnięcia takiego wyniku na naszej pierwszej wyprawie rowerowej rozpierała nasze piersi. Wtedy zaczęliśmy coraz chętniej spoglądać wgłąb lądu i zastanawiać się, że skoro już będziemy tak blisko Mazur, to czemu by nie dojechać do nich i tam ostatecznie wyleżeć się nad jeziorami? Nigdy nie byliśmy w tym rejonie i miejscu tak uwielbianym przez żeglarzy. Teraz jednak musieliśmy dojechać do końca wybrzeża, a więc mazurskie plany odłożyliśmy i pokręciliśmy w kierunku Helu.


Po drodze zboczyliśmy w lewo, by móc wejść na latarnię w Rozewiu. Byliśmy na niej już wcześniej, więc chodziło nam głównie o kolejną pieczątkę, choć samego wejścia też nie chcieliśmy odpuszczać. Zastaliśmy niespotykany do tej pory pod żadną z dziewięciu odwiedzonych latarni tłum. Na nieszczęście trafiliśmy na taki czas, kiedy już nie jest "za wcześnie" ani "zbyt blisko obiadu". Długa kolejka do wejścia oznaczała, że będziemy musieli w pełnym słońcu stać przez kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt minut w oczekiwaniu na naszą kolej. Postanowiliśmy na zmianę zwiedzić ponownie okoliczne zabudowania, w których mieściły się maszynownia czy wystawa marynistycznych obrazów. Dzięki temu zaoszczędziliśmy czas i po zdobyciu i latarni i pieczęci udaliśmy się w kierunku Władysławowa.
Tam, tak jak się spodziewaliśmy zastaliśmy typowych nadmorskich turystów, którzy skutecznie rozbrajali ruch uliczny. Jednak w miarę szybko udało się nam przejechać przez imprezowe centrum i wjechać na wylotówkę na Hel. Tutaj niewielu ludzi zapuszcza się pieszo. Za to nie można powiedzieć, że ilość rowerzystów, longboardzistów czy osób na hulajnogach i rolkach jest na tej trasie mała. My za to przejęci pięknym zjawiskiem zaobserwowanym jeszcze we Władysławowie jechaliśmy co sił przed siebie. Wyjeżdżając bowiem z miasta dostrzegliśmy całe mnóstwo czap latawców i morze żagli windsurfingowych. Zafascynowani czym prędzej chcieliśmy dotrzeć do źródła sportowych zmagań amatorów sportów wodnych. Z impetem wjechaliśmy do Chałup, a później do jednego z ośrodków sportowo-wypoczynkowych. Tutaj było ich dużo, ale jeszcze nie na tyle co dalej na wschód. Wtargnęliśmy do kolejnego ośrodka, tym razem w Kuźnicy. Ilość windsurferów i kitesurferów wzrosła. Przez chwilę staliśmy na pomoście jak zaczarowani. Później oprzytomnieliśmy i postanowiliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę. Rozłożyliśmy się z piciem i jedzeniem i obserwowaliśmy uczniów ze szkół sportowych i tych bardziej doświadczonych. Zamarzyło się nam spędzenie tutaj kilku dni i przy okazji nauczenie się jednego z tych widowiskowych sportów. Nawet jeden z pracowników tamtejszego obozu windsurfingowego niemal nakłonił nas na przystąpienie do kursu w tamtej chwili. Ale nie mogliśmy dać się tak łatwo wciągnąć w ten momentalny kaprys. Jednak postanowiliśmy kiedyś rzeczywiście zapisać się na taki kurs, przy czym osobiście wolałbym kitesurfing z racji uwielbienia do snowboardu.


Zauroczeni i z mocno bijącym sercem ruszyliśmy dalej raz po raz obserwując tnących taflę wody sportowców. Po tym zrywie serca, jakiego doświadczyliśmy, nadszedł czas na kolejną palpitację. Tym razem zalesiona przez cały czas droga otworzyła się nagle i oczom naszym ukazał się piękny widok na zatokę. Jadąc wzdłuż różanych krzaków mogliśmy oglądać jak z oddali majaczy Trójmiasto i inne miejscowości. Trasa przez Mierzeję Helską była drugą nadmorską ścieżką, podobną do tej pod Jarosławcem. Wspomniałem wcześniej, że to właśnie z nadzieją na takie widoki na całej trasie zdecydowaliśmy się na R-10. Całe szczęście istniały na wybrzeżu przynajmniej dwa takie miejsca, które rekompensowały lesistość dróg na pozostałych odcinkach.


Przystawaliśmy jeszcze kilka razy by móc napawać się widokami. W końcu jednak dotarliśmy do tabliczki dumnie głoszącej, że oto wjechaliśmy do Helu. Jednak problem z tą tabliczką był taki, że po minięciu jej, musieliśmy jechać jeszcze przez prawie 10 km, nim rzeczywiście pojawiły się pierwsze zabudowania. A tak, byliśmy skazani na niewyobrażalnie pofalowaną i wbrew logice wcale nie tak płaską drogę. Co rusz mijaliśmy rozległe tereny wojskowe w gęstym lesie. Kiedy już straciliśmy nadzieję, że za zakrętem zobaczymy w końcu miasteczko, dotarliśmy do tablicy "Hel wita!", a przy niej starszą parę motocyklistów odzianych w skóry i takie też frędzelki na rękawach. Wspólnie pomogliśmy sobie w uwiecznieniu faktu przyjazdu na najbardziej wysunięte miasto na mierzei. Później wskoczyliśmy na rowery i z myślą, że już za kilka chwil będziemy mogli odpocząć, pojechaliśmy dalej. Całkiem niedaleko naszego późniejszego pola znajdowała się latarnia morska, którą postanowiliśmy zdobyć jeszcze nim się rozbijemy z namiotem. W międzyczasie zaczęło lekko mżyć. Czym prędzej pokręciliśmy na "Helkamp", gdzie już po jakimś czasie mieliśmy rozbity namiot. Tutaj postanowiliśmy spędzić kilka dni, nim ruszymy w dalszą drogę.

Doszliśmy do wniosku, że od Łeby, chęci do dłuższego odpoczywania mamy coraz więcej. Trochę przestraszyliśmy się tego faktu, ale w końcu skoro czas nie naglił, nie było potrzeby się śpieszyć. Wyjeżdżaliśmy na tą wyprawę z myślą, że nie będziemy jechać na akord ani zdobywać kolejnych checkpointów na czas. Chcieliśmy poczuć wolność i całe szczęście udało się ją jak do tej pory osiągnąć.

Śledźcie Ekstra Misję, ponieważ już pod koniec tygodnia opublikuję kolejną część relacji. Mam nadzieję, że póki co nasze przygody są dla was ciekawe. Zostawcie komentarz pod artykułem lub na Facebook'owym profilu strony. Nie obrażę się również za "like'a":)
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)