Nadmorskie opowieści - rowerem po polskim wybrzeżu. Część 5 - Gdańsk - Piaski.

Ponad 700 km jazdy po wybrzeżu. Dziesiątki godzin przesiedzianych na rowerze. Jeden cel: przejechać na dwóch kółkach spod niemieckiej granicy do rosyjskiej i przy okazji dobrze się bawić. Zapraszam na ostatnią odsłonę relacji z wyprawy po wybrzeżu.

Tą częścią - obejmującą podróż od Gdańska do Piasków - kończę obszerną relację z wyprawy rowerowej. Dziś dowiedzcie się, co widzieliśmy i czego doświadczyliśmy w ostatnich dniach podróży?

8 sierpnia, Gdańsk.


W Gdańsku od kilku dni mieszkańcy i przejezdni mogli bawić się na Jarmarku Dominikańskim. My jednak postanowiliśmy odwiedzić znane nam już ASP, gdzie jak co roku odbywał się wernisaż prac dyplomowych studentów. Zarówno poprzednia wizyta, jak i tegoroczna wzbudziła nas zachwyt nad wieloma pracami. Stwierdziliśmy, że każdego roku pomysłowość młodych artystów jest coraz lepsza. Polecam każdemu, kto odwiedza podczas wakacji Gdańsk, by wstąpił na tę wystawę. Warto!


Stamtąd udaliśmy się na jedną ze scen Jarmarku, gdzie udało się nam wziąć udział w zabawie zorganizowanej przez Żywiec Zdrój. Na zakończenie zdobyliśmy worki z promocyjnymi gadżetami: okularami, chorągiewkami i freezby. Jak się później okazało, komplet tego ostatniego posłużył nam za talerze. Okulary natomiast rozdaliśmy w dalszych etapach wyprawy.
W czasie spacerów pomiędzy licznymi jarmarkowymi stoiskami zrodził się pomysł, by wziąć udział w grze miejskiej, organizowanej przez twórców tej imprezy. Mieliśmy rozwiązać cztery zagadki, które kolejno odsłaniały nam łacińską sentencję. Przetłumaczenie jej finalnie prowadziło do otrzymania nagrody i pamiątek związanych z Gdańskiem. Ostatecznie tego dnia zdążyliśmy rozwiązać tylko jedną zagadkę. Grę postanowiliśmy kontynuować nazajutrz, po powrocie z "Ptasiego Raju".

9 sierpnia, Gdańsk.

Z pola dojechaliśmy szybko do centrum i po jakimś czasie dostaliśmy się na pokład tramwaju wodnego. Miał on nas zabrać w rejs Martwą Wisłą do Sobieszowa, skąd planowaliśmy rozpocząć wędrówkę do "Ptasiego Raju". Płynęliśmy już tą linią, dlatego mogliśmy porównywać wspomnienia z zastanym widokiem. Jednak szczególne zainteresowanie wzbudziła w nas barka, na pokładzie której dobudowano mieszkanie.


Mijając ją, mogliśmy się przyjrzeć temu nietypowemu domkowi na wodzie. Na jakiś 10 lub 15 mkw mieścił się pokój "dzienny" zintegrowany z maszynerią sterowniczą. Na zewnątrz, z przodu ustawiony był komplet ogrodowy: stolik i cztery krzesła. Za częścią mieszkalną, na rufie znajdowały się zaparkowane rowery oraz schodki na dach. Na górze całą powierzchnię wyłożono sztuczną trawą, a na niej rozmieszczono dwa duże leżaki i namiot. Ten dom na wodzie wywołał w nas najskrytsze marzenia o własnym lokum, które nie zmusza nas do życia w jednym miejscu. Zapragnęliśmy zamieszkać - chociaż przez chwilę - na takiej barce. Z pewnością przyjdzie jeszcze taki dzień, kiedy będziemy mogli ogłosić się lokatorami tego niezwykłego mieszkanka.
Po dopłynięciu na miejsce, ruszyliśmy w kierunku rezerwatu. Według zapewnień z tablic informacyjnych, weszliśmy na teren zamieszkany przez wyjątkowo liczne grupy ptaków morskich i nie tylko. Wbrew temu co przeczytaliśmy, odnieśliśmy wrażenie, że te latające zwierzęta dawno opuściły swój raj. Tylko czasami słyszeliśmy poćwierkiwanie, a jeszcze rzadziej widzieliśmy źródło tych dźwięków. Niemniej, widoki tych bądź co bądź dzikich terenów bardzo się nam spodobały. Warto zaglądnąć do jednej z kilku rozstawionych ambon, z których można obserwować podmokłe tereny i ich mieszkańców.


Jesteśmy typowymi "Krążownikami" jeśli chodzi o piesze wędrówki. Zrobiliśmy więc dużą pętlę po całym rezerwacie, tym samym spóźniając się na tramwaj wodny. Do Gdańska wróciliśmy więc autobusem, ale dzięki temu mieliśmy jeszcze czas na dokończenie rozpoczętej dzień wcześniej gry miejskiej. Zostaliśmy obdarowani płytą z piosenkami twórców związanych z miastem, kolejną porcją okularów, freezby oraz dyplomami poświadczającymi ukończenie jarmarkowej zabawy. Wróciliśmy również na zapowiadaną przez promotora Żywca Zdrój zabawę, gdzie raz jeszcze zdobyliśmy fanty. Od tamtej pory sakwy w rowerach były do połowy wypełnione wszystkimi tymi gadżetami i sukcesywnie staraliśmy się robić z nimi porządek, by nie ciążyły nam zbytnio.

10 sierpnia, Gdańsk - Piaski.

Zaplanowaliśmy, że tego dnia dojedziemy do Krynicy Morskiej, by zakończyć challenge związany z latarniami. Spakowaliśmy się i pojechaliśmy w kierunku wyjazdówki na wschód. Zanim jednak dotarliśmy do granic Gdańska, zostaliśmy zmuszeni do zatrzymania się na mało uczęszczanej drodze. Otóż po minięciu większych zabudowań i oczyszczalni ścieków, trafiliśmy na dwójkę rowerzystów, którzy pilnowali mocno poturbowanej młodej sarenki. Zatrzymaliśmy się czym prędzej, by ustalić co zaszło. Okazało się, że para trafiła na zwierzę, kiedy tak jak my wyjeżdżali z miasta. W czasie naszej rozmowy kobieta zadzwoniła na Straż Miejską, a my staraliśmy się ostrzegać pędzących kierowców o leżącej na poboczu sarnie. Ta na nieszczęście próbowała przeczołgać się przez jezdnię na pole, gdzie najpewniej wyczekiwały na nią - schowane wśród wysokich traw - inne łanie i jej matka. Kiedy tylko próbowaliśmy się do niej zbliżyć, wpadała w panikę, więc postanowiliśmy zostawić ją w spokoju i poczekać na przyjazd służb. Te zjawiły się wkrótce, a my mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Niestety, według wstępnych oględzin, młoda sarna miała wkrótce zakończyć żywot dzięki łowczemu, na którego strażnicy czekali. Najprawdopodobniej zwierze miało zgruchotane tylne kończyny i zapewne również kręgosłup, co uniemożliwiłoby dalsze życie na wolności.
Dojechaliśmy do przeprawy promowej w Świbnie. Po krótkim rejsie znów trafiliśmy na asfalt. Zbliżaliśmy się do Mierzei Wiślanej o czym informowały nas liczne tablice. Tuż przy Zalewie Wiślanym, w miejscowości Stegna licznik pokazał, że pokonaliśmy już 700 km.


Mieliśmy na tyle dobre tempo, że kiedy wjechaliśmy do Krynicy Morskiej zastanawialiśmy się, czy nie wykorzystamy go do dojechania do Piasków. Weszliśmy na ostatnią, trzynastą polską latarnię i tym samym zakończyliśmy przygodę i walkę o srebrną odznakę "Blizy".
Po powrocie do rowerów sprawdziliśmy jak daleko znajdują się Piaski. Planowaliśmy, że dojedziemy tam i przenocujemy na jednym z pól namiotowych, a następnego dnia wrócimy do Krynicy, by stąd przepłynąć do Tolkmicka i dalej dostać się do Fromborka. Spod latarni mieliśmy jechać jeszcze tylko ok 10 km. Spojrzeliśmy na siebie wymownie, wzrokiem mówiącym "My nie damy rady?!" i zjechaliśmy na główną drogę.
Ta okazała się być mało uczęszczana i to nam odpowiadało. Mogliśmy spokojnie rozpędzać się z licznych wzniesień, choć tyle samo musieliśmy się także na nie wspinać. Zachwyceni drogą, dotarliśmy w końcu do pierwszych zabudowań. Był to niewielki port na Zalewie, w którym cumowały rybackie kutry. Zobaczyliśmy pole namiotowe, ale ze względu na informację o często baraszkujących przy namiotach dzikach, stwierdziliśmy, że potrzebujemy czegoś bardziej ogrodzonego. Znaleźliśmy ogłoszenie o "ostatnim polu namiotowym na Mierzei Wiślanej". Skuszeni zapewnieniem, że będziemy spać w najbardziej odległym na wybrzeżu polu ruszyliśmy na jego poszukiwanie. Długo nie jechaliśmy, bo tylko jedną uliczkę dalej. Na Piaskowej 6 jest pole namiotowe u bardzo miłego starszego małżeństwa, którzy kosztem swojego ogrodu przyjmują podróżujących. Tam też zobaczyliśmy informację, że z Pisaków odpływa codziennie tramwaj wodny do Fromborka. Dowiedzieliśmy się od właściciela, że istnieją dwie linie pływające po Zalewie. Pierwsza kursuje od Krynicy do Tolkmicka. Drugą jest ta, z której postanowiliśmy skorzystać nazajutrz.

11 sierpnia, Piaski.

Wstaliśmy wcześnie, aby wstępnie się spakować. Poprzedniego dnia mieliśmy zrobić sobie spacer do rosyjskiej granicy, jednak zmęczenie wzięło górę. Dlatego teraz zebraliśmy się, by zdążyć wrócić na tramwaj, który odpływał przed południem. Następny mieliśmy dopiero o 13.30. Piaski okazały się być znacznie bardziej rozbudowaną mieścinką. Nasze pole tak naprawdę ostatnim na Mierzei nie było - ten wyścig wygrał ośrodek wypoczynkowy "Piaski Club", przez który przechodziliśmy w drodze do granicy. Spodziewaliśmy się, że trasa będzie raczej mało przejezdna, dlatego rowery zostawiliśmy przy namiocie, a sami poszliśmy piechotą. Jednak zarówno droga do wspomnianego ośrodka, jak również za nim - gdzie rozpoczynał się las - była przejezdna i żałowaliśmy, że jednak nie skusiliśmy się na zabranie dwóch kółek. Rzecz jasna gdybyśmy je wzięli, zapewne byśmy tego pożałowali - taka złośliwość losu. Jednak mając rowery nie moglibyśmy wtedy zejść na urokliwą plażę. A tak, mieliśmy okazję skupić się na pięknie surowego otoczenia. Była to ostatnia nadmorska plaża, jaką mieliśmy okazję zobaczyć na tej wyprawie.


Po pewnym czasie plażę przeciął druciany płot. Tuż przy nim wbita w piasek tablica głosiła, że oto znajdujemy się na granicy UE i Rosji. Dowiedzieliśmy się, że nie możemy przekraczać widocznego płotu pod groźbą kary. Znając usposobienie rosyjskich wojskowych, wolelibyśmy nie doświadczać kar na własnym ciele. Udokumentowaliśmy tylko fakt dotarcia do granicy i tym samym uwieczniliśmy również zakończenie wyprawy po polskim wybrzeżu.


Ostatecznie nie zdążyliśmy na tramwaj do Fromborka o 11.30. Następny kurs o 13.30 okazał się być tylko awaryjnym, na wypadek dużej liczby zainteresowanych i tylko w przypadku telefonicznej rezerwacji. Musieliśmy poczekać do 15.30. Jednak ten czas umilił nam jeden z mieszkańców Piasków, członek elitarnego "klubu meneli". Pozwolił nam przeczekać późniejszy deszcz pod daszkiem, pomiędzy dwoma sklepami, gdzie "klub" miał swoją siedzibę. Wymieniliśmy się wspólnie anegdotami. Poznaliśmy historię Piasków i jej mieszkańców, a przynajmniej jej rozdział obejmujący ostatnie dwadzieścia parę lat. Tak się zagadaliśmy, że o mały włos spóźnilibyśmy się na nasz tramwaj. Finalnie jednak zajęliśmy miejsce w wygodnych fotelach i odpłynęliśmy w kierunku drugiego brzegu Zalewu.


To już koniec relacji z wyprawy rowerowej po polskim wybrzeżu. Wierzę, że miło czytało się wam wszystkie jej części. W planach mam również inne artykuły związane z wyjazdem. Nie ukrywam, że chciałbym również streścić naszą podróż z Green Velo na odcinku Frombork - Węgorzewo. Myślę, że garść informacji z tym związanym przyda się tym, którzy planowali przejechać cały "Zielony" szlak. Zapraszam do czytania kolejnych publikacji oraz ich komentowania. Jeśli podoba się wam to co robię, zalajkujcie Ekstra Misję na Facebooku. 
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)