Nadmorskie opowieści - rowerem po polskim wybrzeżu. Część 4 - Hel - Gdańsk.

Ponad 700 km jazdy po wybrzeżu. Dziesiątki godzin przesiedzianych na rowerze. Jeden cel: przejechać na dwóch kółkach spod niemieckiej granicy do rosyjskiej i przy okazji dobrze się bawić. Zapraszam na czwartą już część relacji z rowerowej wyprawy!

Przedostatnia część relacji pokaże wam, jak nasza wyprawa dobiega powoli końca i jakie atrakcje zwiedziliśmy na odcinku Hel - Gdańsk.

2 sierpnia, Hel.

Wbrew długiego czasu, jaki spędziliśmy nad polskim wybrzeżem, niewiele doświadczaliśmy klasycznego "plażingu". Owszem w kilku miejscach rozłożyliśmy plażowe maty i przeznaczyliśmy trochę czasu na wylegiwanie się wśród szumu fal i krzyków ludzi. Ba, udało mi się nawet ponurkować w "tej zimnej, nieprzyjemnie lodowatej wodzie". Muszę przyznać, że w tym roku pogoda naprawdę dopisała. I pomimo tego, że wielu ludzi zarzuca naszemu nadmorskiemu rejonowi, że nie dorównuje greckim lub chorwackim klimatom. Może nie doświadczyliśmy temperatur sprzed roku - choć zapewne tłumy nad morzem spodziewały się niewątpliwie powtórki z rozrywki - ale dla nas, osób dla których jazda na rowerze i prażące słońce nie stanowią dobrego połączenia, pogoda była rewelacyjna. Niemniej, dojeżdżając do ostatniego miasta na mierzei postanowiliśmy zażyć kąpieli w miejscu, gdzie woda morska miesza się z tą zatokową. Być może żadnej w niej różnicy nie ma, ale uznaliśmy, że to będzie powód dla którego zanurzymy swoje spalone słońcem ciała.
Nie da się ukryć, że plaże Helu są wyjątkowe.


 Brak na nich tłumów, a przede wszystkim zatrważającej ilości parawanów. O ile się pojawiają - służą temu, po co je stworzono - do ochrony przed wiatrem. Nie ma tu chamstwa, drących się znienacka nad uchem sprzedawców pączków, orzeszków w karmelu i gotowanej kukurydzy. Na niewielkiej przestrzeni wreszcie możesz poczuć klimat, którego oczekiwałeś jadąc nad morze. Ale... nie przyjeżdżajcie do Helu. Totalnie was zniechęcam. Jeśli każdy kto przeczyta tę relację zobaczy, że Mierzeja Helska to takie cudowne miejsce i postanowi przyjechać na nią wraz ze swoją rodziną, a później przekaże znajomym swoje wrażenia, Hel zmieni się w takie molochy jak Władysławowo, Łeba czy Kołobrzeg. Ocalmy miejsca aż tak nie tknięte nadmorską i turystyczną komerchą.

3 sierpnia, Hel.

Następnego dnia, po południu wybraliśmy się na przechadzkę, chcąc skorzystać z miejscowych atrakcji, których nie można minąć i później wyjechać. Stwierdziliśmy, że musimy zobaczyć tamtejsze fokarium. Co prawda pora była dosyć późna jak na tego typu przedsięwzięcia, ale postanowiliśmy spróbować. Zaskoczyła nas kolejka pod bramą prowadzącą do centrum nauki o fokach i ich miejsca tymczasowego zamieszkania. Aby wejść na jego teren trzeba było wykupić bilet samodzielnie, w automatach, a ten obsługiwał tylko monety drobne i nie wydawał reszty. Dlatego utworzyły się dwie kolejki - dłuższa i krótsza. Ta pierwsza zgromadziła rodziny chcące rozmienić banknoty. Druga zawierała szczęśliwców, którzy zaliczyli już poprzedni automat i teraz ze zniecierpliwieniem cisnęli się po bilet. Całe szczęście ci drudzy jakby z większym doświadczeniem wykupowali wejściówki i fani fok mogli w miarę płynnie przekraczać bramy fokarium.
Stwierdziliśmy, że nie ma sensu cisnąć się do obu kolejek, jeśli po wejściu będziemy musieli dosyć długo czekać na największą atrakcję - karmienie i zabawę z fokami. Postanowiliśmy wrócić tam nieco później, na ostatnie w tym dniu pokazy. Więc po rozmienieniu banknotów skierowaliśmy się nie do bram, ale na deptak, którym po jakimś czasie dotarliśmy pod budynek z niespotykanym szyldem: "Dom Morświna".


Zaciekawieni postanowiliśmy zapoznać się z tą niezwykłą kwaterą. Ale zanim weszliśmy do środka, przestudiowaliśmy kilkanaście tablic przedstawiające różne zwierzęta zamieszkujące okoliczną zatokę oraz samo morze. Nie zabrakło również niewielkiej relacji z akcji ratunkowej walenia, którego fale wyrzuciły na brzeg. Właściwie to osoby zaangażowane go nie ratowały, ale właściwie usuwały z plaży, ponieważ zwierzak był już martwy.
Kiedy już poznaliśmy treść wszystkich prezentowanych tablic, skierowaliśmy się do środka. Niestety, po przekroczeniu progu pan z obsługi poinformował nas, że jest już za późno, bo zamyka ośrodek. Zaprosił nas rano i zostawił nas na progu zdezorientowanych. Otrząsnęliśmy się z szoku, jakiego doświadczyliśmy - w końcu nie każde tego typu miejsce zamyka się punkt 15.30. Ale dobrze, trzeba było przeżyć tę stratę.
Wybraliśmy się na pobliską platformę widokową z której można było podziwiać panoramę zatoki. Jest to bardzo przemyślana konstrukcja, ponieważ na całej długości znajdują się duże wiaty z szybami i dwoma ławeczkami. Można więc posiedzieć niemal na brzegu i bez uciążliwego wiatru rozkoszować się chwilą.
Nadszedł w końcu czas, aby odwiedzić fokarium. Omijając większą kolejkę, skierowaliśmy się od razu do automatu biletowego, a stamtąd niemal od razu do bramki. Szybkie "PIK!" i już byliśmy w świecie fok. Jest to niewielki ośrodek, w którym na pierwszy rzut oka podziwiać można tylko i wyłącznie dwa baseny dookoła których gromadzą się co chwila kolejne rodziny z dziećmi. Co jakiś czas słychać "och!" i "ach!", ale także "Popatrz, płynie...oooo!". Prędko dołączyliśmy do nurtu nowo przybyłych i ustawiliśmy się przy barierce. Długo trwało nim oderwaliśmy się od niej i postanowiliśmy odwiedzić również jedyny budynek na terenie fokarium. Okazało się, że za skromną dopłatą do biletu możemy nie tylko poznać jeszcze więcej informacji o tych niezwykłych zwierzętach, ale także - dzięki wspomnianej wcześniej dodatkowej opłacie, która skutecznie odstraszała pozostałych zwiedzających - mieć wielką szybę ukazującą świat pod taflą basenowej wody na wyłączność.


Tylko czasami ktoś odkrywał tajemnicze zejście do piwnicy w której się znajdowaliśmy i ten swego rodzaju portal do podwodnej krainy. Szybko jednak nudził się, ponieważ foki nie chciały po kilkukrotnym puknięciu w grubą szybę przypływać jak na zawołanie. Mogliśmy w spokoju oglądać spektakl jaki zwierzęta prezentowały pod wodą.
Później wyszliśmy z podziemia i pośpieszyliśmy na zapowiadany pokaz umiejętności. Było to tak naprawdę sprawdzenie, czy foki mają się dobrze i czy ich motoryka jest sprawna. A że całym tym zabiegom przyglądało się kilkadziesiąt osób, to nic nie szkodzi.
Właśnie w fokarium zrodził się pomysł wyjazdu w zimie nad morze by zaobserwować foki niedaleko brzegu Bałtyku. Po zapoznaniu się z kilkoma lokacjami, gdzie wyjątkowo dużo osobników wyleguje się i ma przerwę w wędrówce, spojrzeliśmy jeszcze raz w kierunku fok szalejących w basenie i opuściliśmy to niezwykłe miejsce.
Jako, że oboje jesteśmy maniakami kina - a jeszcze takiego pod chmurką to już w ogóle, udaliśmy się na plażę. Z racji odbywającej się imprezy pod nazwą "Hel-Spot EB" czekała na nas duża dawka filmowa. Szczególnie, jeśli przez ostatnie kilkanaście dni nie mieliśmy zbyt dużej styczności z telewizorem lub laptopem, takiej okazji nie można było przegapić. Los nie okazał się tym razem łaskawy. Z racji szalejącego silnego wiatru, seans odwołano. Usiedliśmy więc z piwkiem w ręku pod jednym z trzcinowych parasolów wyglądem nawiązującym do najbardziej imprezowych plaż USA. Później przenieśliśmy się bliżej parkietu, gdzie raz po raz ktoś wychodził i prezentował swoje mniejsze lub większe umiejętności taneczne. Po opróżnieniu plastikowego kufla zarządziliśmy odwrót do namiotu.
I tutaj natura okazała się po raz kolejny bardzo zaskakująca. Otóż idąc sobie spokojnie ulicą, w oddali zobaczyłem trzy kształty - jeden większy i dwa mniejsze. Przekonany, że to właśnie dziki postanowiły odwiedzić ludzkie siedziby, a teraz wracały do nabrzeżnego lasu podeszliśmy bliżej. W między czasie, z miejsca w którym przed chwilą zniknęły zwierzęta, wybiegli ludzie. Upewniłem się, że to co widziałem przed chwilą zgadza się z ich wersją. Następnie lekko niespokojni skierowaliśmy się na pole namiotowe.

4 sierpnia, Hel.

Tego dnia włączyła się w nas natura eksploratorska. Zdecydowaliśmy się odwiedzić słynne helskie wraki, których zdjęcia zdobią galerię niejednego turysty wracającego z tej Mierzei. Musiałem stłamsić w sobie chęć zanurkowania w pobliżu zatopionych statków.


Wraki znajdują się niedaleko terenów wojskowych, a czystość samej wody w tym miejscu jest wątpliwa. Dlatego bez odpowiedniego sprzętu, kursu nurkowego, a przede wszystkim zezwolenia zanurzenie się nawet po kostki jest raczej niemożliwe. Musieliśmy więc zadowolić naszą chęć odkrywania czegoś niezwykłego garścią muszelek, kompletem kości jakiegoś psa lub lisa, rozpadającymi się resztkami łabędzia i jedną butlą nurkową. Aż trudno uwierzyć co można odkryć kiedy przejdzie się po mało uczęszczanej plaży. Nie pogardzilibyśmy kilkoma grudkami bursztynu, ale los nie okazał się łaskawy. Co ciekawe, wiele jest ludzi, którzy w wolnych chwilach, wykorzystując spacer po plaży przewala góry glonów w poszukiwaniu tego cennego kruszcu. Jest to intratne zajęcie... o ile jesteśmy Rosjanami i mieszkamy w Obwodzie Kaliningradzkim. Dlaczego? Mianowicie, kiedy ustalano porządek z granicami państw świata po II Wojnie Światowej, władze rosyjskie zadbały by na ich terenie znajdowały się jak największe złoża bursztynu. I tak, właśnie na brzegach Bałtyku w granicach Rosji znajduje się jedno z największych - o ile nie największe nagromadzenie tych cennych kamieni. I obywatele, szczególnie ci należący do armii ściśle pilnują, by żaden obcy na ich teren się nie dostał, a tym bardziej nie wydostał z niego z workiem bursztynów.
Po przejściu kilku kilometrów plaży zdecydowaliśmy się na powrót do miasteczka. Wybraliśmy jakąś leśną ścieżkę i starając się iść w jednym kierunku i nie klucząc zbytnio ostatecznie dotarliśmy do drogi łączącej wojskowy ośrodek wypoczynkowy z helską główną dojazdówką do miasta. Mając w głowie obraz biegających po mieście dzików, śmialiśmy się, że znając nasze szczęście trafimy lada moment na jakiegoś osobnika tego gatunku. I co już takie zabawne nie było, rzeczywiście wątpliwe szczęście dopisało i tym razem. Idąc wspomnianą już drogą dojazdową, w pewnym momencie wśród ciszy rozległ się trzask łamanej gałęzi, który utonął w donośnym ryku mającym swoje źródło jakieś pięć metrów w lewo, w krzakach. Wszystko zwolniło i zobaczyliśmy jak dwa duże i ciemne kształty przedarły się przez gęstwinę. W ślad za nimi ruszyły trzy mniejsze. Agata stanęła jak wryta, ja z kolei okrążyłem ją i postanowiłem wspiąć się na... szyny kolei wąskotorowej, które biegły wzdłuż drogi. Jednak kiedy dostrzegłem, że owa instalacja pomoże mi się wznieść jedynie na pięć centymetrów ponad asfalt, zawróciłem. Chwyciłem Agę i z dużym wysiłkiem odciągnąłem ją w kierunku przeciwnym do tego, jaki obrały dziki. Całe szczęście zwierzęta nie obrały sobie za cel sprawdzenie twardości drzewa w jaki momentalnie się Aga zamieniła. Nie zechciały również sprawdzić jak szybko potrafię biegać. Szybko uciekły, zapewne niemniej wystraszone co my. Słysząc jednak w uszach wciąż przerażający ryk oddaliliśmy się w końcu z tego miejsca.
Przeanalizowaliśmy całą sytuację. Człowiek jednak w takiej chwili zupełnie głupieje i nie wie - ba, nie panuje nad tym co robi. Dzisiaj się z tego śmiejemy, parodiując ryk dzika. Wyobraziliśmy sobie, że ta nietypowa rodzinka spokojnie sobie spacerowała, aż tu nagle wyłoniliśmy się my. Chcąc nie zwracać na siebie uwagi dziki zaczęły się skradać, żeby nas minąć. Nieostrożność lochy, która nadepnęła suchą gałąź, zdradziła ich obecność. Wkurzony odyniec wydał z siebie swego rodzaju "Kur...", po czym zaczęli od nas uciekać. Dzięki tej zmodyfikowanej wersji szybko uspokoiliśmy się po całym zajściu i mogliśmy dotrzeć do miasta nie wzywając pomocy. Nikomu nie życzymy takich bliskich spotkań, choć niestety nie są one rzadkością.

5 sierpnia, Hel - Sopot.

Kolejny dzień był ściśle związany z naszym wyjazdem do Trójmiasta. Nie zdecydowaliśmy się na ponowny rajd przez Mierzeję Helską, choć zapewne byłby bardzo przyjemny. Usłyszeliśmy, że droga od Władysławowa do Gdyni potrafi nieźle uprzykrzyć życie, nie tylko kierowcom samochodów. Dlatego aby dostać się na drugą stronę Zatoki wybraliśmy prom. Ten sposób podróży bardzo nam się spodobał za sprawą wykorzystywania go w Świnoujściu czy w Mielnie. Chcieliśmy spróbować swoich sił na nieco bardziej otwartych wodach. Zresztą mniej więcej w tym samym czasie rozważaliśmy popłynięcie promem StenaLine do Szwecji. Firma ta bowiem ma w swojej ofercie promocję dla rowerzystów. Na trasie Hel - Gdynia mieliśmy sprawdzić, czy damy sobie radę w bardziej niespokojnych warunkach i czy nie posiadamy chociażby choroby morskiej. Szkoda byłoby przecież męczyć się przez kilka godzin rejsu po Bałtyku.
Pomimo lekkiego poddenerwowania nieodłącznego przed nietypową podróżą, całość przebiegła świetnie. Statek spokojnie pruł przed siebie, rowery stabilnie czekały na rufie, a my mogliśmy przyglądać się oddalającej się Mierzei i zbliżającemu się portowi w Gdyni.


Dopływając, spostrzegliśmy, że tak na brzegu jak i na wodzie trwają przygotowania do jakiejś imprezy. Po zejściu na ląd okazało się, że lada dzień miała się odbyć tam impreza triathlonowa.
Kiedy przeciskaliśmy się przez stoiska różnych firm oferujących sprzęt do pływania, rowerowy czy do biegania zauważyliśmy namiot StenaLine. Uśmiechnęliśmy się złowieszczo i podeszliśmy do promotorów. Uznaliśmy, że musi to być znak. Przecież od kiedy postanowiliśmy sprawdzić czym jest oferta "Rowerowy Potop", logo firmy widzieliśmy niemal na każdej ulicy. Musieliśmy coś z tym faktem zrobić.
Młody pracownik ucieszył się, że ma przed sobą jako tako zapalonych potencjalnych klientów i nie musi już się wysilać. Potrzebowaliśmy jeszcze tylko garści informacji, aby upewnić się, że "Potop" nam pasuje. Okazało się, że jedyny w miarę pasujący nam cenowo rejs miał się odbyć 28 sierpnia. Niestety ten bliższy - bodajże 7 sierpnia był droższy, a poza tym nie skończyliśmy jeszcze głównej wyprawy, przez wybrzeże. Nie chcieliśmy aż tak zbaczać z kursu. Uznaliśmy, że zdecydujemy się na rezerwację rejsu pod koniec sierpnia. Zakończymy wybrzeże, pojedziemy na Mazury i ostatecznie wrócimy do Trójmiasta by wsiąść na prom i popłynąć do Szwecji. Muszę przyznać, że był to raczej nasz szalony pomysł rzucony od tak, niż dogłębnie przemyślana decyzja. Stwierdziliśmy, że skoro za rezerwację się nic nie płaci, to będziemy mieć jeszcze kilka dni do ostatecznej zapłaty za podróż. Będziemy mogli jeszcze na spokojnie przemyśleć, czy rzeczywiście pasuje nam ta dodatkowa wycieczka. Zadowoleni póki co z podjętej decyzji pojechaliśmy dalej, ściskając w ręku numer rezerwacji i suweniry promocyjne, którymi obsypał nas uszczęśliwiony z niemal zakończonej transakcji chłopak. W między czasie zrobiło się pochmurno, by po chwili zaczął padać gęsty deszcz. Schowaliśmy się pod parasole jednej z barów fast food. Mieliśmy czas by sprawdzić wszystkie dostępne w okolicy pola namiotowe. Wybór padł na sopocki camping "Sopot 34" przy zejściu na plażę nr 34. Był to raczej przypadek, gdyż okazało się, że pozostałe pola na trasie wydały się droższe. Gdybyśmy wiedzieli, że Sopot nie odstaje od swojego sąsiada, a nawet ma dwukrotnie wyższą opłatę klimatyczną, pewnie zostalibyśmy w Gdyni. Niemniej, rozbiliśmy się w Sopocie i nie byliśmy skłonni nigdzie indziej tego dnia jechać.

6 sierpnia, Sopot - Gdynia - Sopot.

Tego dnia chcieliśmy odbyć wycieczkę do Gdyni, gdzie zaplanowaliśmy sprawdzić jakie atrakcje władze miasta przygotowały dla turystów.


Wybór padł na "Dar Pomorza" - chyba najsłynniejszy żaglowiec w Polsce. Choć statek został w niektórych miejscach przerobiony na potrzeby muzealne, to nie trudno było się poczuć jak jeden ze studentów, który lada chwila miał odpłynąć w kolejny rejs. Jednak "Dar" już od 1981 roku nigdzie nie wypływał. Pomimo licznych imprez, które się od tamtej pory na nim odbywały i ciągłemu ruchowi odwiedzających, statek musiał pogodzić się z przekazaniem bandery nieco młodszemu "Darowi Młodzieży". Wystawa przedstawiała historię trzymasztowca od pierwszych wzmianek na jego temat, z czasów kiedy pływał dla innych państw, aż po dzień, kiedy stał się jednostką szkoleniową dla polskiej Szkoły Morskiej. Cudownie było stanąć na pokładzie i spojrzeć w górę na skomplikowaną sieć lin. Wyobrazić sobie jak łopocą żagle i jak kadłub tnie fale. Chciałoby się przenieść chociaż na chwilę na jeden z ponad stu rejsów.


Rozmarzeni opuściliśmy statek i udaliśmy się w kierunku akwarium, które znajdowało się kilkadziesiąt metrów dalej. Tam musieliśmy odczekać swoje w długiej kolejce, która mimo rozmiarów w miarę szybko się zmniejszyła, a my mogliśmy po chwili kupić bilety. Wkroczyliśmy do ciemnych pomieszczeń, gdzie najpierw poznaliśmy specyfikę Bałtyku, jego mieszkańców oraz licznych gości. W dużej mierze ekspozycję stanowiły wypchane zwierzęta, szkielety większych ryb, ssaków i ptaków. Dużo było również gipsowych odpowiedników okazów, które żyły w najgłębszych oceanach na naszej planecie. Po odbyciu za pomocą licznych tablic swego rodzaju szkolenia, byliśmy chyba gotowi do przejścia na ekspozycję gdzie znaleźliśmy przestronne akwaria. Prezentowały nam zarówno ryby znane z domowych hodowli, jak i te, których w życiu nie widzieliśmy. Co jakiś czas ukazywały się również gady, płazy czy bezkręgowce, które były związane w jakimś stopniu z wodą. Polecam wszystkim, którzy będą w Trójmieście lub okolicach, aby poświęcili kilka godzin i wybrali się w to niezwykłe miejsce.


Po okrążeniu portu, przypomnieliśmy sobie, że wieczorem na sopockim molo odbywać się będzie pokaz z okazji Orange Kino Letnie. Mieliśmy za sobą już którąś edycję, ale zawsze oglądaliśmy filmy na Krupówkach. Skoro byliśmy na miejscu, postanowiliśmy sprawdzić, jak wypada kino na najdłuższym w Polsce drewnianym molo. Pokręciliśmy więc w kierunku pola namiotowego, by tam zostawić rowery i przygotować się na seans. Zmartwieni, że seans może się nie odbyć bo deszcz coraz silniej przypominał sobie o swoim istnieniu, poszliśmy w kierunku centralnego miejsca na deptaku.
Tam czekała nas niemiła niespodzianka. Okazało się, że bilet wstępu na molo wyniósł nas 15 zł. Zniesmaczeni podejściem władz miasta do turystów, skierowaliśmy się do bramek, którymi obwarowano wejście na tą drewnianą konstrukcję. Myślę, że gdyby nie ilość pilnujących mola ochroniarzy, ceny mogłyby być niższe lub w ogóle zlikwidowano by bilety. Kilka dni później rozmawialiśmy z innymi rowerzystami, którzy podobnie jak my mieli zdanie, że sopockie władze zbyt mocno wierzą w piękno swego miasteczka lub po prostu je przeceniają.
Niemniej, skoro byliśmy już na miejscu i zapłaciliśmy tą wygórowaną cenę, trzeba było oglądnąć molo. Na samym początku ustawiono ekran i leżaki dla uczestników Kina Letniego. Dalej minęliśmy kilka ławeczek. Dotarliśmy do drewnianego budynku, który okazał się być restauracją. Jak zauważyliśmy później, obsługiwała ona również pasażerów prywatnych jachtów, które cumowały w nowo powstałej marinie na końcu mola. Po minięciu budynku doszliśmy do zejścia do wspomnianego portu. Tam zastaliśmy widok wyrwany z filmu o mafijnych imprezach na jachtach. Postanowiliśmy minąć to widowisko, dojść do końca trapu i udać się na leżaki. Kiedy wycieczkę kończyliśmy, zobaczyliśmy na wieczornym niebie, jak wielka chmura zbliża się w naszym kierunku. Mając nadzieję, że nie będziemy zmuszeni do ewakuacji, usiedliśmy przed ekranem. Opatuleni we wszystkie ciepłe rzeczy jakie mieliśmy, z rozgoryczeniem poczuliśmy jak dosięgają nas pierwsze duże krople. Musieliśmy zrezygnować z filmu, ponieważ deszcz zaczął lać dostatecznie mocno, byśmy przemokli, a na dodatek spacerowicze zasłaniali nam skutecznie ekran swoimi parasolami. Uznaliśmy, że gra nie jest warta świeczki - wróciliśmy do namiotu.

7 sierpnia, Sopot - Gdańsk.

Zarządziliśmy wyjazd do Gdańska, gdzie mieliśmy spędzić kolejne dni. Zanim wyjechaliśmy zdecydowaliśmy się wejść na wieżę widokową przy Domu Zdrojowym. Wieża okazała się być też niewielką latarnią morską, której światło choć nie tak mocne jak jej gdańskiej koleżanki, to jednak wskazywało zagubionym port.


Po niezbyt długiej podróży dotarliśmy do portu w Gdańsku. Teraz pozostało jeszcze dojechać do latarni, by zdobyć kolejną pieczęć w paszporcie. Tym samym zdobyliśmy przedostatnią budowlę nawigacyjną na polskim wybrzeżu. Uradowani tą myślą, zjedliśmy zasłużone śniadanie by po chwili obrać kurs na centrum miasta. Po drodze przypomnieliśmy sobie, że dwa lata temu przy znanej całemu światu stoczni powstawało jakieś muzeum. Postanowiliśmy sprawdzić, czy zostało ono już otwarte i - jeśli okaże się być ciekawe - zwiedzić je.


Całość okazała się przerastać nasze najśmielsze oczekiwania. Stanęliśmy pod - jak głosił dumnie napis - Europejskim Centrum Solidarności. Ten modernistyczny budynek mieścił w sobie nie tylko wystawę poświęconą wydarzeniom z pobliskiej stoczni, która rozmieszczona była na trzech potężnych piętrach. Znajdowała się tam również biblioteka, sale konferencyjne i dla wystaw tymczasowych. Można było również skorzystać z oferty gastronomicznej albo wyjść na obszerny dach z tarasem i ogrodem. Szczerze mówiąc nigdy nie zgłębiliśmy dostatecznie dokładnie historii związanej z wydarzeniami sierpniowymi czy ogłoszeniem stanu wojennego. Wchodziliśmy więc do środka tak na prawdę z pustą głową. Wyszliśmy natomiast z ogromnym bagażem informacji i jeśli ktokolwiek zechce nas słuchać, to zawsze powtarzamy, że przy pobycie w Gdańsku ECS to punkt obowiązkowy na liście atrakcji.
Na nocleg postanowiliśmy wybrać nie pole, na którym mieszkaliśmy ostatnio, lecz sąsiednie - "Stogi, nr. 218". Panuje tam spokój pomimo dziesiątek innych turystów, a na zróżnicowanym terenie zawsze znajdzie się coś dla siebie.

Przed nami ostatnie dni na wybrzeżu. Na początku przyszłego tygodnia na Ekstra Misji znajdziecie piątą część relacji, która zakończy opowieść o naszej rowerowej wyprawie wzdłuż wybrzeża. Jeśli spodobały się wam poprzednie części zapraszam do komentowania i lajkowania. To bardzo mnie motywuje do dalszej pracy.
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)