Nadmorskie opowieści - rowerem po polskim wybrzeżu. Część 1 - Świnoujście - Dźwirzyno.

Ponad 700 km jazdy po wybrzeżu. Dziesiątki godzin przesiedzianych na rowerze. Jeden cel: przejechać na dwóch kółkach spod niemieckiej granicy do rosyjskiej i przy okazji dobrze się bawić. Zapraszam na pierwszą część relacji z tego wyjazdu.

Założeniem tej rowerowej wyprawy było przejechanie brzegu Bałtyku od Świnoujścia do Piasków na Mierzei Wiślanej. Staraliśmy się z moją dziewczyną - Agatą, na trasie utrzymywać kurs proponowany przez pomysłodawców międzynarodowego szlaku rowerowego R-10. Niestety, wiele razy nie udało się dotrzymać mu kroku. Dlatego możecie spodziewać się, że wielokrotnie będziemy zbaczać by choć trochę ułatwić sobie przejazd. Niewiele jest bowiem tras w Polsce, które są w stu procentach przejezdne w przypadku rowerzystów z sakwami. Mam nadzieję, że pomimo czasami dalekich odjazdów od ścisłego wybrzeża, uznacie tę wyprawę za udaną pod tym względem. My jesteśmy z niej zadowoleni, czym postaramy się wszystkich zarazić.

Oto relacja z przejazdu na odcinku Świnoujście - Dźwirzyno.

17 lipca 2016, Wrocław.

Naszą podróż rozpoczęliśmy we Wrocławiu. Okazało się, że w dniu przyjazdu na multimedialnej fontannie odbywać się będą ostatnie pokazy z okazji AQUAFUNFEST. Postanowiliśmy załapać się na chociaż jeden z nich. Wykonanie tego zadania utrudnił fakt, że podczas przejazdu pociągiem, w czasie hamowania, rower upadł na siedzącą przy nim Agę, co poskutkowało siniakami na jej głowie i ramieniu oraz uszkodzeniem przedniego światła. W ruch poszły tretetki i po jeszcze kilkunastu minutach spędzonych pod dworcem we Wrocławiu udało się jako tako zamontować pęknięty reflektorek na rower. Co najlepsze, okazało się, że była to najpoważniejsza usterka, jaką mieliśmy doświadczyć w czasie całej podróży.
Po przyjeździe na miejsce festiwalu okazało się, że nawet późna pora i deszcz nie odstraszył tłumów czekających na widowisko. Niestety, na teren wrocławskiej fontanny nie mogliśmy wprowadzić rowerów więc odpięliśmy sakwy i w towarzystwie zdziwionych na nasz widok współuczestników zajęliśmy miejsce przy barierkach. Deszcz nie odpuścił sobie dodania do widowiska swoich kilku kropli, jednak mimo niego, całość wywarła na nas niezapomniane wrażenie.

18 lipca, Wrocław - Świnoujście.

Po przekoczowaniu nocy w dworcowej poczekalni, o 5.21 z pomocą InterCity udaliśmy się w kierunku Świnoujścia. Zdziwiliśmy się, kiedy wszystkie miejsca na rowery zostały szczelnie wypełnione. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy w pociągu takiej ilości pojazdów w jednym czasie.
Mogę śmiało powiedzieć, że podróż nad morze nigdy nie była dla mnie przyjemniejsza jak właśnie wtedy. Na wybrzeże dotarliśmy niemal o czasie i nawet przy większej ilości cyklistów, szybko wydostaliśmy się na peron, a później do miasta. Postanowiliśmy, że pierwszą rzeczą jaką zrobimy, będzie "przywitanie się" z morzem. Nie widzieliśmy go przez rok, a i tak cieszyliśmy się jak dzieci z szumu fal i - przynajmniej póki co - sypkości piasku. 
Dojechaliśmy na upatrzone, jeszcze w pociągu, pole namiotowe. Ucieszyło nas, że niemal od bramy byliśmy radośnie przywitani przez ochronę campingu. Widać, że ludziom podoba się ten sposób podróżowania, co nastrajało pozytywnie na mającą się rozpocząć następnego dnia wyprawę.
Rozbiliśmy namiot, zostawiliśmy sakwy i odpoczęliśmy po podróży. Wyszukaliśmy atrakcje, jakie można było w Świnoujściu zobaczyć. Wybraliśmy na cel biały wiatrak na końcu falochronu i rezerwat paproci. Doszliśmy do wniosku, że będzie to doskonała okazja do rozjeżdżenia się przed kolejnymi dniami. Nie ukrywajmy, że sporadyczna jazda po Krakowie raczej słabo przygotowuje technicznie do pokonywania korzeni i grząskich dróg, szczególnie z sakwami. Dla Agi, która rowerem jeździła głównie po asfaltach, wjechanie w piach kończyło się pchaniem roweru przez kilka- kilkanaście metrów. O ile sama trasa do wiatraka nie była problemem, to już rezerwat -Karsiborsie Paprocie - dały większe pole do popisu naszych możliwości. Poznaliśmy ażurowe płyty betonowe, które są nieodłącznym na wielu nadmorskich trasach elementem. Wjechaliśmy w głęboki piach, a przy okazji nauczyliśmy się reagować na niego i przeciwdziałać panice. Taka trasa okazała się bardzo nam potrzebna. Jaki problem jest w jechaniu po czymś innym niż asfalt, spytacie? Odpowiedź znają wszyscy, którzy jechali dłużej przez takie tereny i to z obciążeniem.
Niemniej, przejechanie przez zróżnicowane tereny w Świnoujściu i wokół niego opłaciło się nam.

19 lipca, Świnoujście - Międzywodzie.

Obudziliśmy się pełni ekscytacji i czuliśmy mrowienie w brzuchu na myśl o zbliżającym się nieznanym. Pomyśleliśmy, że aby wyprawa miała miejsce bytu, powinniśmy rozpocząć ją od granicy z Niemcami. W końcu wybrzeże nie zaczyna się w centrum miasta, lecz kawałek dalej na zachód. I fajnie się złożyło, bo na granicy czekał na nas ciekawy monument ukazujący miejsce styku dwóch państw. Trochę niepewnie spoglądaliśmy w stronę Niemiec. W końcu od początku lipca straszono, że przekroczenie terytorium Polski nie przez wyznaczone punkty, jest karalne. Dlatego ze zdziwieniem obserwowaliśmy pielgrzymki turystów zmierzających w jedną i drugą stronę bez jakiejkolwiek refleksji.


Następnie udaliśmy się na latarnię morską po drugiej stronie rzeki Świny. Tutaj zrodził się kolejny pomysł. Podczas poprzednich wypadów nad morze kusiła nas "Bliza", czyli wyzwanie polegające na zdobyciu wszystkich działających i udostępnionych do zwiedzania latarni na wybrzeżu. Dlaczego by nie wykorzystać rowerowego przejazdu wzdłuż Bałtyku na dodatkową zabawę? Nawet bez chęci zbierania kolejnych pieczątek, z pewnością chcielibyśmy poznać te niezwykłe budowle nieco dokładniej. Dlatego przy zakupie biletów wstępu poprosiliśmy również o "paszporty" Blizy. Więcej szczegółów na jej temat z pewnością pojawi się wkrótce w innym artykule:)


Spod latarni pojechaliśmy ścieżką dydaktyczną po fortyfikacjach, która przebiega wspólnie z R-10. Kiedy ścieżka skończyła się, kontynuowaliśmy swą podróż rowerowym szlakiem nadbałtyckim do Międzyzdrojów. Tutaj postanowiliśmy nie zatrzymywać się na dłużej, ponieważ rok wcześniej spędziliśmy dostatecznie dużo czasu, by poznać miasteczko niemal całkowicie. Wstąpiliśmy tylko na molo, a następnie wyruszyliśmy w dalszą drogę. Na ten dzień obraliśmy sobie kurs na Międzywodzie. Satysfakcjonowała nas ta odległość, jak na pierwszy dzień jazdy. Do celu dotarliśmy chwilę przed zachodem słońca. Zdążyliśmy się rozbić na niewielkim polu "Fraszka" i udaliśmy się na plażę. Niestety, cienkie pasmo chmur tuż nad horyzontem uniemożliwiło nam oglądnięcie jak słońce "tonie" w morzu.

20 lipca, Międzywodzie - Niechorze.

Trasa spod pola namiotowego do Dziwnowa przebiegała po chodniku przy drodze wojewódzkiej nr 102. Po uzupełnieniu zapasów i zjedzeniu śniadania udaliśmy się w dalszą drogę. Niestety, R-10 zrobiło nam psikusa i zniknęło nie wiadomo kiedy. Postanowiliśmy, że do Dziwnówka będziemy kontynuować swą podróż wzdłuż drogi nr 102. Był to rewelacyjnie przygotowany chodnik ze ścieżką dla rowerzystów. W Dziwnówku przez chwilę zgubiliśmy drogę, ale okazało się, że można wykorzystać istniejące propozycje tras rowerowych do dojechania w zamierzone miejsce. Minęliśmy Łukęcin, Pobierowo, Pustkowo i dotarliśmy do Trzęsacza. Aga postawiła sobie za punkt honoru, abym zobaczył słynny już kościół nad brzegiem morza, a raczej to co z niego pozostało.


Przy okazji powrotu na trasę dotarliśmy pod pobliski pałacyk, gdzie przeczytaliśmy legendę o groźnym Bałtyku i jego córce Zielenicy. Według podań, pewnego dnia w sieci rybackie zaplątała się syrena. Zaskoczeni i zaciekawieni niespotykaną postacią rybacy zabrali ją do pobliskiego kościoła. Tam proboszcz uwięził ją, a tęsknota za morzem doprowadziła do śmierci półkobiety. Tego samego dnia została ona pochowana na cmentarzu przy murze świątyni. Kiedy ojciec syreny - Bałtyk, dowiedział się o losie córki, rozkazał falom odzyskać jej ciało. Wzburzone falami morze podmywało brzeg do czasu, aż woda nie dotarła do murów kościoła, a fale nie pochłonęły Zielenicy i budowli. Podobno fale mają rozbijać się o klif tak długo, aż cała świątynia zniknie pod powierzchnią wody. Co ciekawe, ślad po córce Bałtyku przetrwał do dnia dzisiejszego pod postacią zielonych włosów (czyt. glonów) wyrzucanych przez morze na plażę. Mając nadzieję, że pewnie jeszcze nie raz szczątki Zielenicy przypomną nam o sobie w niejednej nadmorskiej miejscowości udaliśmy się w dalszą drogę.
Dotarliśmy do Niechorza na niedługo przed zamknięciem latarni. Ze szczytu wieży rozejrzeliśmy się po okolicy i odkryliśmy kilka pól namiotowych. Nie było to trudne, ponieważ powierzchnia Niechorza jest stosunkowo mała i wzrok bez problemu ogarnie wszystkie zabudowania. Trafiliśmy bardziej na pole caravaningowe niż namiotowe - "Pomona". Całe szczęście, że umiejscowiono nas obok ojca z dwiema córkami, którzy podobnie jak my - choć na krótszym odcinku do Gąsek - postanowili przejechać R-10. Mieliśmy, jak się później okazało, spotkać się jeszcze na trasie w Kołobrzegu.


21 lipca, Niechorze - Dźwirzyno.

Przypomnieliśmy sobie, że w Kołobrzegu w ubiegłym roku, mniej więcej w tym okresie wakacji, odbywał się raczej mało zachęcający nas festiwal muzyki techno - Sunrise Festival. Mieliśmy wtedy tę nieprzyjemność dzielić pole namiotowe z uczestnikami tej imprezy. Żeby było jasne, nie mamy nic przeciwko, żeby ludzie mieli odmienne gusta od naszych. Jednak festiwal nagromadził rzeszę osób działających nam na nerwy i stwierdziliśmy, że nie popełnimy drugi raz tego samego błędu. Trzeba więc było zrewidować nasze plany dotyczące pozostania na noc w tym mieście.
Wyjechaliśmy z Niechorza i poruszaliśmy się wzdłuż szyn kolei wąskotorowej. Ścieżka była super,  do momentu kiedy nie wyjechaliśmy na rozwidlenie w Pogorzelicy. Tuż za przejazdem przez torowisko szlak nagle nam zniknął. Nie mieliśmy, nabytego dopiero później, doświadczenia w radzeniu sobie z taką sytuacją. Zamiast objechać wszystkie odnogi rozjazdu, stwierdziliśmy, że pojedziemy drogą wskazaną przez Google Maps. Niestety, aplikacja nie pokazała drogi wokół Bagien Pogorzelickich, tylko skierowała nas na Skalno, a później Konarzewo i dalej do Trzebiatowa. Stamtąd mieliśmy pojechać do Mrzeżyna. Tam odpoczęliśmy na falochronie po patelni, którą zafundowała nam droga nr 102 i 109. Przyjemny chłodek wiejący od morza podbudował nasze morale. Nabraliśmy na tyle sił, że stwierdziliśmy, że spróbujemy przebić się do Ustronia Morskiego. Jednak droga zmusiła nas do pomyślenia o szybszym odpoczynku.


Według zapewnień na stronie www dźwirzyńskiej "Białej Mewy", pole obsługiwało nawet 600 osób. Niespodziewanie, kiedy dojechaliśmy do Dźwirzyna i do samej recepcji, dowiedzieliśmy się, że camping jest już przepełniony, ale jeśli nam zależy, to możemy poszukać sobie miejsca i zgłosić się później w celu zakwaterowania. Uznaliśmy, że na tak dużym polu namiotowym raczej ciężko byłoby nie znaleźć miejsca dla małego namiotu i dwóch rowerów. Jednak rzeczywistość okazała się być bardziej brutalna. Naszym oczom ukazał się obraz typowy dla natury wielu ludzi. Pomijając totalnie nieprzemyślane umiejscowienie dziesiątek dużych namiotów i kamperów, których właściciele dbali tylko o własną wygodę, oburzyło nas coś jeszcze. Mianowicie: przyczepy campingowe standardowo miały doczepione do siebie tzw. przedsionki, gdzie można rozłożyć stolik i krzesła, aby nie siedzieć w ciasnej puszce. A dodatkowo przestrzeń wokół tych molochów była ogrodzona parawanami lub ostrzegawczymi, biało-czerwonymi taśmami. W ten sposób teren dla jednej "ekipy" stanowiła powierzchnia nawet trzech lub czterech przyczep. Zszokowani tą samowolką wielu użytkowników pola postanowiliśmy ostentacyjnie rozbić się w sektorze kamperów, gdzie znaleźliśmy miejsce przygotowane dla kilku pojazdów, a wtedy jeszcze pozostające wolne. Uznaliśmy, że skoro zostajemy na jedną noc, to nie będziemy zbytnio uciążliwi. Nasza decyzja nie spodobała się karawaniarzom. Okazało się, że był to sektor zarezerwowany wyłącznie członkom PFCC, czyli Federacji zrzeszającej miłośników caravaningu i campingu. Jednak z początku wrogie nastawienie komandora obozu ustąpiło, gdy dowiedział się, jaki mamy plan na podróż. Jak stwierdziła później |jego żona, kamperowcy muszą być twardzi, aby podróżować tak jak podróżują, ale rowerzyści są jeszcze twardsi, skoro pokonują na dwóch kółkach równie duże odległości i dźwigają na rowerach swój dobytek. Ostatecznie zdobyliśmy zwolenników pomysłu na wyprawę, no i byliśmy jedynymi rowerzystami w sektorze domów na kółkach:)


Jak widać póki co, podróż przebiegała różnie. R-10 była dla nas sprawdzeniem charakteru, szczególnie, że na odcinku do Dźwirzyna uczyliśmy się żyć z rowerem. Poznaliśmy specyfikę tego sposobu zwiedzania różnych miejsc i nabywaliśmy niezbędnego doświadczenia.

Zapraszam do poznawania dalszych przygód i wrażeń z trasy. Zostawcie komentarz, a jeśli relacja przypadła wam do gustu zalajkujcie artykuł na Facebooku.
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)