Urlop na graniach i w dolinach. Tatry w sześć dni.

Tatry to magiczne miejsce. Otaczająca mnie przestrzeń pozwala uciec od przytłaczających myśli i zmartwień, a poszarpane granie zachwycają wciąż na nowo. Jednak jak ugryźć ten górski rejon? Oto moja propozycja na kilkudniowy wypad na podstawie ostatniego wyjazdu przy okazji akcji Czyste Tatry.

Dzień pierwszy proponuję rozpocząć od przyzwyczajenia organizmu do warunków w jakich przyjdzie mu się zmagać przez następne doby. Wspólnie z dziewczyną wybraliśmy się na Nosal (1206 m n.p.m.) by rozprostować nogi po nocnej podróży. Z Równi Krupowej idziemy do Kuźnic, gdzie swój początek ma szlak zielony. To on poprowadzi nas przez szczyt, a później Nosalową Przełęcz by ponownie zawitać wśród zabudowań i turystów zmierzających do kolejki na Kasprowy Wierch. Cała trasa nie jest zbyt długa bo przejście zajmuje zaledwie półtorej godziny. Jednak nachylenie terenu jeśli idziemy od strony Zakopanego jest już na samym początku bardzo wymagające. Jeśli częściej zmuszałbym swoje ciało do większego wysiłku, szybsze wejście na Nosal z pewnością miałbym w kieszeni. Tutaj dały się we znaki zmęczenie i brak wcześniejszego przygotowania na góry. Pomimo tego, wejście było bardzo satysfakcjonujące, a widok z góry nagrodził litry potu lecące z czoła. Granatowe chmury nad szczytami uświadomiły nam fakt, że przez najbliższe godziny możemy spodziewać się małej ulewy. Samo zejście do Kuźnic nie przysparza najmniejszych trudności. Idziemy lasem zniżając się coraz bardziej. Dochodzimy do potoku Bystrej i tutaj kończymy swoją wędrówkę. Oczywiście pozostaje jeszcze powrót na Równię, gdzie wspólnie z innymi uczestnikami akcji Czyste Tatry rozbiliśmy namiot.

Na drugi dzień wybraliśmy szlak żółty z Kuźnic na Przełęcz między Kopami, a następnie niebieskim do Murowańca. Pierwszy odcinek pokonujemy w około godzinę i piętnaście minut. Na przełęczy zauważamy nadciągające z północy chmury burzowe. Postanowiliśmy ewakuować się do schroniska i tym samym uniknęliśmy przemoknięcia. Czego nie można powiedzieć o innych, którzy cumulonimbusów postanowili nie zauważać. Wykorzystując okno pogodowe, wyskoczyliśmy ze schroniska na Czarny Staw Gąsienicowy. Jest to spokojna, godzinna wycieczka w dwie strony, a znad brzegu stawu można podziwiać szczyty Kościelca, Świnicy, Zawratu czy Granatów. Po odpoczynku zawracamy i po kilkunastu minutach widzimy ponownie dach Murowańca. Zastanawialiśmy się, czy nie wrócić do Kuźnic szlakiem niebieskim, ale nadciągająca na nowo burza szybko zrewidowała nasze plany. Chmury płynęły z zachodu na wschód, dlatego wróciliśmy tym samym, żółtym szlakiem by szybciej wyjść spod ewentualnej nawałnicy. I dobrze się stało, bo dzięki tej decyzji zmokliśmy nie od deszczu, a od potu. Chociaż czy to pocieszenie? Trasa bez odpoczynku to około 3,5 godziny. My nie żałowaliśmy czasu na wylegiwanie się.

Kolejny dzień oznaczał wyjście na szlak by oczyścić wybraną w górach trasę z okazji akcji Czyste Tatry. Nasz tegoroczny odcinek prowadził od Kasprowego Wierchu do Kopy Kondrackiej. My ze względów technicznych, postanowiliśmy skrócić ją do Przełęczy pod Kopą i zejść z grani szlakiem zielonym. Duma i brak przyjemności z wywalania kasy na głupoty wygrały i na Kasprowy zamiast kolejką dostaliśmy się na własnych nogach. Ta przyjemność oznaczała trzy godziny marszruty pod górę w coraz mocniejszym słońcu. Każdego roku wszelkiej maści owady są strasznie upierdliwe. Nie inaczej było i tym razem. Muchy korzystały z każdej szansy na wlecenie w oczy lub do ust, a komary wykorzystywały nieuwagę by przysiąść się i uszczknąć kilka kropel krwi. Warto zastanowić się nad okryciem głowy z moskitierą. Może i głupio wygląda, ale przynajmniej nic nie przeszkadza w wędrówce.
Okazało się, że w dniu naszej wycieczki na Kasprowy i Goryczkową Czubę wydano ostrzeżenie przed ostrym słońcem. Dlatego skryliśmy się w niemal lodowatym holu górnej stacji wyciągu PKL. Kiedy odpoczęliśmy od słońca rozpoczęliśmy zejście w kierunku Pośredniego Wierchu Goryczkowego. Szlak czerwony na tym odcinku mija w większości rzeczywiste szczyty tej skalistej grani. Niejednokrotnie jesteśmy zmuszeni do trawersowania w okolicy Pośredniego, Goryczkowej czy Suchych Czubów. Ale widoki na słowacką część Tatr jest dzięki temu jeszcze lepszy i bardziej wciągający. Koniec końców, porównując tę część szlaku czerwonego z granią Tatr Zachodnich, którą pokonaliśmy kilka dni później dochodzę do wniosku, że ta była o wiele mniej wymagająca.
Zejście zielonym szlakiem okazało się bardzo nużące. Osobiście nie przepadam za szlakami poprowadzonymi przez kotły, stąd być może moje negatywne odczucia co do tego odcinka. Po wyrównaniu się z poziomem Polany Kondratowej idziemy wśród uroczych, wysokich traw wśród których możemy podziwiać drobne czerwone kwiatki. Odpoczywamy w Schronisku na Kondratowej Hali i po kilkudziesięciu minutach znów kroczymy w dół. Mijamy bokiem Hotel Górski na Kalatówkach. Nie widzimy potrzeby przyglądania się z bliska temu molochowi komercyjnej turystyki. Stąd mamy już tylko pół godziny do pierwszych zabudowań Kuźnic. Wychodzimy z lasu na wysokości dolnej stacji PKL i od razu kierujemy się do przystanku busów. Pomimo może niewielkiej odległości do centrum Zakopanego, zmęczenie bierze górę. Nie mamy siły już dzisiaj nigdzie chodzić. Byliśmy na nogach przecież całe 8 godzin z przerwami.


Nazajutrz postanawiamy sobie trochę pofolgować i namiot składamy dopiero około 12.00. Na swoje usprawiedliwienie mamy to, że od rana padał okropnie gęsty deszcz. Wizja niesienia ciężkich plecaków w ulewie przez całą Dolinę Chochołowską powodowała skurcze mięśni. Jednak ograniczenie czasowe narzucone przez organizatorów Czystych Tatr zmusiły nas do ostatecznego wyniesienia się z Równi Krupowej. Zjedliśmy ostatni porządny posiłek przed udaniem się do odległego Schroniska na Polanie Chochołowskiej. Wyjechaliśmy z Zakopanego około 14.00, a nie jak planowaliśmy godzinę wcześniej. Niestety kierowcy autobusów postanowili chyba nie wyjeżdżać na trasę przez trzy kolejne planowane kursy. Czekaliśmy w niewiadomej aż w końcu rozklekotany bus podjechał na przystanek. W tym miejscu warto zaznaczyć, że czasami lepiej nadłożyć drogi i udać się bezpośrednio pod dworzec PKS, gdzie "prywaciaki" mają swój przystanek początkowy. Niestety kierowcy bardzo często olewają godziny wyjazdów czekając aż pojazd wystarczająco się zapełni. A to generuje liczne opóźnienia. Kiedy znaleźliśmy się w końcu na Siwej Polanie z nieba spadał drobny deszczyk. To spowodowało, że nadaliśmy wędrówce do schroniska niebywałe tempo. Po kilkudziesięciu minutach byliśmy już w ciepłym wieloosobowym pokoju.

Plan na kolejny dzień zakładał zaatakowanie Starorobociańskiego Wierchu przez Trzydniowiański. Wybraliśmy czerwony szlak wzdłuż Papieskiego. Przewidziany czas dotarcia na Trzydniowiański Wierch to około 2 godziny i 20 minut. Trudności zaczynają się dopiero na wysokości około 1650 m, gdzie kąt nachylenia zbocza to prawie połowa kąta prostego. Dodatkowym utrudnieniem jest potężna ilość drobnego gruzu pod stopami. Ze szczytu rozpościera się widok na przebytą dotychczas trasę i tę, którą planowaliśmy dopiero przejść. Ponad dwutysięczne szczyty naprzeciwko przypominają nam, że nie będzie to prosta i spokojna droga. O ile dotarcie pod Kończysty Wierch nie stanowi większego problemu, to podobnie jak przy poprzednim szczycie, końcówka szlaku jest usypana z drobnych kamieni. Jest to jednak doskonałe przygotowanie przed Starorobociańskim i jak się później okazało również Jarząbczym Wierchem oraz Wołowcem. Będąc na szczycie tego pierwszego postanowiliśmy spróbować szybkiego dostania się pozostałe szczyty grani zachodniej. W spisie zdobyczy mieliśmy już co prawda Wołowca, jednak poprzednio wchodziliśmy na niego od Rakonia. Postanowiliśmy powalczyć o szczyt od strony której się znajdowaliśmy obecnie. Zastanawialiśmy się tylko, czy po zdobyciu wcześniejszego Jarząbczego i Łopat damy radę wspiąć się jeszcze na kolejną górę. Spodobała się nam łatwość z jaką do tej pory przemierzaliśmy grań. Dlatego po krótkich odpoczynkach na obu Wierchach, obowiązkowych sesjach zdjęciowych i zachwyceniu się strzelistymi skałami wyrastającymi ponad nami od strony słowackiej udaliśmy się w dalszą drogę. Przejście tej części grani, tak jak wspomniałem wcześniej nie było takie proste jak to miało miejsce przy Goryczkowej Czubie. Na trasie trafiamy co chwilę na skały, które zmuszają nas do trawersowania zbocza. Ma to miejsce przy Niskiej Przełęczy i od Łopaty po sam szczyt Wołowca. Miejscami musieliśmy się dwa razy zastanowić, nim zrobiliśmy kolejny krok, ale ostatecznie zdobyliśmy ostatni punkt planowanej wędrówki.
Ale... Nie bylibyśmy sobą, jeśli nie poszlibyśmy dalej. Zamiast zejścia zielonym szlakiem przez Wyżnią Dolinę Chochołowską, której pokonanie zajęłoby około dwóch godzin, my wybraliśmy powrót do schroniska granią. W ubiegłym roku, kiedy niespodziewanie zabrakło nam wody (panowały wtedy spartańskie warunki przez 40-stopniowe upały) musieliśmy ewakuować się na Polanę Chochołowską właśnie tym zielonym szlakiem. Pamiętając męki jakie wtedy przechodziliśmy, stwierdziliśmy, że nawet półgodzinne wydłużenie trasy nie przemówi za zejściem kotłem. Ostatecznie pokonaliśmy trasę w mniej więcej tym samym czasie, sprytnie przyśpieszając na równiejszych odcinkach.
Całość zajęła nam 11, 5 godziny i wbrew pozorom nie była bardziej męcząca niż poprzednia ośmiogodzinna wędrówka. Wynika to być może ze stopniowania trudności przez poprzednie dni. Dzięki temu mieliśmy lepsze przygotowanie organizmu do ciągle zwiększającego się obciążenia.

Następnego dnia nie śpieszyliśmy się z wyjściem. I tak przejście przez Chochołowską zajmuje tyle, że idąc nią naprawdę ślamazarnie można zejść do przystanku w zadowalającym czasie. A my nie chcieliśmy się niepotrzebnie zajeżdżać. W Zakopanem trafiliśmy na nasze ulubione pole namiotowe z którego planowaliśmy jeszcze tylko wyruszyć doliny Kościeliskiej, aby standardowo zwiedzić jaskinie Mylną, Raptawicką i Smoczą. Ale dopadło nas chyba już ostatecznie zmęczenie materiału i zdecydowaliśmy się jedynie na wejście na Polanę Stoły by po raz ostatni spojrzeć na niedalekie szczyty.

Opisane sześć dni, można swobodnie modyfikować wydłużając lub skracając trasy. Jest to moja inspiracja dla waszych planów na wakacyjne urlopy. Zachęcam wszystkich do aktywnego odpoczynku, nawet weekendowego, jeśli nie dostaliście wolnego. Zapraszam do kolejnych relacji-inspiracji na EkstraMisja.pl, a także do komentowania tego i następnych tekstów. 
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)