Bulwarami do Braciszków. Kraków - Tyniec na rowerach.

Przez Kraków i jego okolice przebiega kilkadziesiąt tras rowerowych, a ich ilość rośnie proporcjonalnie do kreatywności samych zainteresowanych. Korzystając z pięknego weekendu i chęci chociaż minimalnego odpoczynku i oderwania się od codzienności postanowiliśmy z moją dziewczyną wybrać się na "kwasa" do tynieckich braciszków.

Swoją trasę rozpoczęliśmy z zapomnianej przez pozostałych mieszkańców Krakowa Nowej Huty. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że ta owiana złą sławą dzielnica małopolskiej stolicy oferuje o wiele więcej niż może się wydawać. Dla mnie najpiękniejsze miejsca to Zalew czy Łąki Nowohuckie. Nowa Huta została wybudowana dla pracowników dawnej huty im. Lenina (dziś ArcelorMittal Poland S.A.), która do dnia dzisiejszego jest największym zakładem przemysłowym Nowej Huty. Niestety, od końca PRL do dziś cieszące oko fasady budynków, brukowane granitem ulice i place, czy nawet słynna Aleja Róż coraz szybciej popadają w zniszczenie. Pomimo wpisania do rejestru zabytków, obiekty znajdujące się na tym obszarze pozostały na łaskę lub niełaskę ich właścicieli. Wspólnoty mieszkaniowe i spółdzielnie zapomniały o wspaniałych detalach architektonicznych swych domów, pokrywając je ociepleniem i farbą w totalnie oderwanych od założeń architektów dzielnicy kolorach. Dzisiaj Nowa Huta kojarzy się przede wszystkim ze zwyrolami, którzy tylko czekają na nasze portfele czy komórki. I mogłoby się to wydawać prawdą. Jednak prócz lekkiego spięcia z jednym, naćpanym młodzieńcem na początku mojego pobytu na Hucie, do dnia dzisiejszego nie zdarzyło się nic nadzwyczaj niebezpiecznego. Już nawet nocne okrzyki kibiców stały się jakby przyjemniejsze.

Po przejechaniu przez Rondo Kocmyrzowskie i Czyżyńskie stajemy przed możliwością praktycznie niezakłóconej jazdy przez Aleje Pokoju aż do Galerii Plaza. Na całej trasie towarzyszą nam liczne, gęste drzewa, które nawet w ten upalny dzień dają wiele cienia i chłodu. To miłe uczucie, biorąc pod uwagę, że przez pozostałą część trasy tylko w krótkich przebłyskach będziemy mieli okazję się nimi cieszyć. Przejeżdżając obok Tauron Areny wjeżdżamy w dzielnicę Grzegórzki. Jest to jedna z najważniejszych części miasta, ponieważ w jej granicach stworzono dwa duże ronda i poprowadzono główne arterie. Nad tymi rondami górują dwie wieże. Jedna z nich to tzw. Szkieletor, stanowczo niedokończona i chyląca się ku totalnemu zniszczeniu. Druga, K1 lub popularnie zwana Błękitkiem (prywatnie jeszcze inaczej, ale lepiej tego nie pisać), oferuje nam kawałek nieba w przeszklonej z każdej strony fasadzie. Dodatkowo, na miejscu dawnej rzeźni miejskiej powstała popularna wśród Krakowian Galeria Kazimierz. W jej okolicy, a w zasadzie po drugiej stronie ulicy ciągną się tzw. Bulwary Wiślane. Jest to miejsce, które przyciąga wędkarzy, rolkarzy, rowerzystów czy biegaczy. Zresztą od wiaduktu na stopniu wodnym Dąbie, gdzie kończy się niewielki, gęsto zadrzewiony skwerek szerokie połacie trawy kusi do uprawiania leżingu. Gdyby kąpiel w Wiśle była choć w minimalnym stopniu bezpieczna i legalna, wielu zapewne nie odpuściłoby sobie w tym miejscu również plażingu. My przejeżdżamy górą, równą ścieżką rowerową omijając tym samym spacerowiczów na ciągnącym się wzdłuż rzeki chodniku.


Jadąc dalej Bulwarami Kurlandzkim i Inflackim przejeżdżamy pod kilkoma mostami. Tę okolicę nazywam krakowską Pragą, ponieważ ilekroć stoję na którymś z mostów, widok na pozostałe z nich kojarzą mi się z tym miastem. Tutaj warto zastanowić się która strona Wisły bardziej nam odpowiada. Ja przejeżdżam przez most Grunwaldzki na Dębniki. Od tego momentu, jadąc bulwarem Poleskim mogę oglądać Wawel i położone poniżej bulwary Czerwińskiego w pełnej krasie. Zresztą w upalne dni lepiej wybierać tę stronę ze względu na cień drzew obsadzonych wzdłuż wału. Sam przejazd przez rzekę w tym miejscu jest moim zdaniem lepszy niż dalej, na moście Dębnickim, gdzie trzeba trochę nadkładać drogi, jeśli chce się pojechać drogą dla rowerów. Chyba, że postanowimy pojechać udeptaną przez turystów ścieżką tuż przy przeprawie lub podjedziemy na bulwar Czerwieński obok Smoka i jego jamy.
Dębniki nie kojarzą mi się z niczym więcej niż Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej, do którego chciałbym pójść, ale nigdy nie mam na to czasu lub ginie gdzieś w roju innych pomysłów.

Kiedy miniemy w tej okolicy most wjedziemy na drogę Tyniecką. Od teraz jesteśmy tylko my, Wisła i... dziesiątki innych rowerzystów i spacerowiczów. Prawda jest taka, że trasa z Krakowa do Tyńca jest bardzo popularna i próżno tutaj szukać wytchnienia od ruchu. Jednak jadąc na rowerze szybko mija się grupki zarówno jednych jak i drugich. Na wysokości ujścia Rudawy po drugiej stronie rzeki, rozpoczyna się malownicza sceneria pagórków i drzew. Ponad nimi góruje Kopiec Kościuszki z antenami radia RMF. Za mostem Zwierzynieckim będziemy mogli również zobaczyć na zboczu Srebrnej Góry kościół Kamedułów ze swoimi białymi wieżyczkami z zielonkawymi zwieńczeniami. Po tej stronie Wisły, trasa ciągnie się wzdłuż rzeki to przybliżając się do niej, to znów oddalając. Teren jest zróżnicowany, jednak sama ścieżka rowerowa poprowadzona jest na jednym poziomie, jakby za nic miała pofałdowany krajobraz przeciwnego brzegu. To daje wrażenie dwóch różnych światów, które przedziela wstęga wody. Do samego terenu Klubu Kajakowego droga jest spokojna, dzięki czemu nie męczymy się i możemy skupić się na podziwianiu widoków lub cieszyć się z promieni słońca (które jednak teraz niemiłosiernie grzeje i oślepia). Tuż przy OSiR "Kolna" stworzono tor kajakowy, na którym odbywają się różne imprezy - od regionalnych po międzynarodowe. Na trybunach można odpocząć i - jeśli akurat trafimy na zawody - oglądnąć zmagania kajakarzy. To miejsce jest w zasadzie już jakby przedpokojem Tyńca i kiedy dojeżdżam tam, zawsze wiem, że jeszcze tylko chwila i będę mógł odpocząć na dziedzińcu klasztoru. Za wiaduktem czwartej obwodnicy pozostaje nam już tylko 10 minut jazdy, gdzie ostatnie metry dadzą nam lekko w kość. Jakby nie patrzeć opactwo Benedyktynów umiejscowione jest na wysokim kawałku skały i trzeba się tam wdrapać. Ale nagroda za te wysiłki jest dostatecznie duża, by wynagrodzić wysiłek. Na wzgórzu zmieściła się trójnawowa bazylika i zabudowania klasztorne, gdzie mieści się dzisiaj muzeum, sklep z produktami benedyktyńskimi oraz mała karczma (lub coś w tym guście). Co ciekawe, ujęcie opactwa zostało wykorzystane w filmie "Ogniem i mieczem" Jerzego Hoffmana jako widok Baru.

Wspomniany we wstępie "kwas", to nic innego jak Napój Pielgrzyma wytwarzany poprzez Benedyktynów (chociaż co do ich wkładu w to przedsięwzięcie mam mieszane uczucia). Po pokonaniu ponad 20 km na rowerze w pełnym słońcu kwas chlebowy na dziedzińcu opactwa to miód dla duszy. I co by nie mówić, ja również przez ostatnią godzinę byłem Pielgrzymem, dlatego łyk słodko-kwaśnego napoju chyba mi się należy.
Po sesji zdjęciowej z panoramą widzianą z murów w roli głównej, postanawiamy zjechać niżej, do budy z kiełbaskami. W jej pobliżu znajduje się ostatni (lub pierwszy) przystanek tramwaju wodnego. My jednak, napojeni i posileni, wsiadamy na rowery i rozpoczynamy powrót do tętniącego swoim życiem Krakowa.

Dzięki, że czytając tą relację postanowiliście towarzyszyć nam w naszej wycieczce. Mam nadzieję, że opis miejsc przynajmniej w minimalnym stopniu oddał rzeczywistość i zachęcił was do przejechania tej trasy. Czekajcie na kolejne relacje, bo takich podczas zbliżających się wakacji z pewnością nie zabraknie. Śledźcie mnie na FB, Twitterze i Google+ - dzięki nim nie ominie was żadna nowość na EkstraMisja.pl
Share on Google Plus

About EkstraMisja

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Skoro dojechałaś/eś aż tutaj, zostaw komentarz:)